Udało się czy się nie udało – czyli zimowa opowieść karkonoska

Dwa ostatnie wpisy naszego (powstającego w trudzie i znoju) bloga dotyczyły sytuacji, w których coś się powiodło, gdzieś się zdążyło, niemal idealnie co do minuty, coś niespodziewanego i pięknego się zobaczyło. Innymi słowy, udało się od początku do końca. Ale w górach, jak to w górach – nie zawsze tak bywa.

Grudniowe Karkonosze, kilka lat temu. Najkrótsze dni w roku, daleka i męcząca podróż, beznadziejne prognozy pogody. Tęsknota za Górami Olbrzymimi sprawiła, że nawet bez szans na jakiekolwiek widoki wyjazd był bardzo wyczekiwany i jako taki musiał okazać się udany. Tamtejsze panoramy wszakże znamy na pamięć, a najważniejsze było po prostu się tam znaleźć i pobyć z górami sam na sam.

Warunki faktycznie okazały się typowo karkonoskie. Na grzbiecie, niezależnie od tego czy było widać nieco lepiej…

…czy nieco gorzej…

… generalnie nie było widać nic. Przenikliwy mróz, sypiący śnieg, porywisty wiatr i lodowe drobinki, w które człowiek sukcesywnie obrastał, dopełniały obrazu tego dnia. Gdy po pewnym czasie na dobre zniknęły resztki śladów ratraka (bo o innych śladach w ogóle nie było już mowy), a w rejonie Śnieżnych Kotłów zabrakło raptem trzech czy czterech tyczek, trzeba było nie lada skupienia, żeby nie zbłądzić w tym bezbarwnym i nieprzyjaznym świecie. Jedyny moment nadziei na poprawę, gdzieś przed Przełęczą Karkonoską, okazał się ledwie ulotną chwilką, która nie przerodziła się w żadną większą zmianę.

W takich warunkach światła Odrodzenia stanowiły najmilszy akcent na szlaku.

Prognozy pogody na następny dzień sprawdziły się bez zarzutu. Miało być karkonosko i tak właśnie było. Przestało natomiast sypać, co i tak należało potraktować jako dobrą wiadomość.

Kiedy człowiek nastawiony jest na takie a nie inne warunki, każdy przebłysk nadziei pogodowej traktuje niemalże jak miłosierny dar niebios. Stąd gdy za Słonecznikiem niespodziewanie zaczyna się coś zmieniać…

…i okazuje się, że wokół jednak jest coś, czego – jak się jeszcze niedawno zdawało – nie dałoby się zobaczyć….

…turysta od razu przyspiesza kroku w swej drodze ku górze. A kiedy wreszcie objawia się i Ona…

…ostatecznie tracą sens niemądre pomysły „a po co wchodzić na Śnieżkę, skoro i tak nic nie będzie widać”. W kilkanaście minut warunki robią się bajeczne, a wokół pojawiają się imponujące, zimowe i niemal puste góry.

W takiej sytuacji staje się oczywiste, że – jakkolwiek już jest pięknie – najpiękniej będzie na szczycie.

Pod pustym Domem Śląskim, nawet nie wchodząc do środka, krótka przerwa na ciepłą herbatę i założenie raczków. Maksymalnie 5 minut. Raczej wygląda na to, że konsekwentnie się wypogadza, nie widać ewidentnego zagrożenia pogorszeniem warunków, ale i tak nie warto tracić czasu.

Widoki z podejścia wyostrzają apetyt na to, co będzie widać ze szczytu…

I gdy do celu brakuje już tylko kilkudziesięciu metrów….

….pogoda w ciągu kilku chwil zmienia się diametralnie.

Pierwsza myśl: to na pewno chwilowe, wszak wciąż zza chmur widać przebłyski słońca. Trzeba po prostu przeczekać – najlepiej, jak wiadomo, w budynku czeskiej poczty.

Po prawej widoczny Czech, który po prostu siedział na krześle i czytał sobie książkę. Widać warunki wciąż nie były jednak tak złe…
Poczta otwarta, jakby ktoś miał wątpliwości.

Niestety, wraz z upływem czasu resztki słońca i błękitu zniknęły, a świat znów stał się bezbarwny, chłodny i nieprzyjazny – wróciła karkonoska zima.

Nawet Czech sprzed poczty się zebrał – ostatnia nadzieja na poprawę pogody upadła.

Zejście ze szczytu zmieniło się w drogę ku bezgranicznej otchłani. Zniknęła Równia, gdzieś podział się Dom Śląski i inne znane miejsca, a jedynymi odnośnikami do rzeczywistości były wystające ze śniegu fragmenty ogrodzenia.

Nawet Dom Śląski, który nagle pojawił się znikąd niemal na wyciągnięcie ręki, jakby stracił część swojej charakterystycznej żółci…

A dalej było już tak jak zawsze…

Ile zabrakło? Kilku minut? Kilkudziesięciu, maksymalnie kilkuset metrów? Zamiast dookolnej panoramy i morza chmur pod nogami, tylko wszechobecna mgła wokół. Może gdyby nie krótki postój pod Domem Śląskim…? Żal, ale trudno – tak też bywa w górach…

POST SCRIPTUM

Gdy wieczorem siadłem w pustej i cichej, Siemaszkowej jeszcze Samotni, ponownie zadałem sobie pytanie: czy naprawdę jest czego żałować? A może nie? Wszak od Słonecznika niemal aż po sam szczyt Śnieżki dane mi było iść wokół pięknego spektaklu płynących chmur, odsłaniających bajeczne widoki, okraszone ostrym zimowym słońcem i błękitem nieba. Może jednak nie ma czego żałować? Wszak będzie po co wracać…

Dodaj komentarz