Niedźwiedź w Pięciu Stawach, czyli pandemiczny wpis ekologiczny

Kiedy u nas w kraju nie funkcjonowaliśmy jeszcze z zarazą, tu i ówdzie można było trafić na informację o tym, jak egzotyczne (dla nas) zwierzęta odwiedzają miasta w takich właśnie rejonach. Najpierw były to miejsca azjatyckie, gdzie obserwowano nawet zwierzę uznane za wymarłe, stopniowo, wraz ze zmianą epidemii na pandemię, wieść o opustoszałych metropoliach rozniosła się wśród fauny całego globu – widziano więc pumę w stolicy Chile i kozy w miastach Walii, kojota w San Francisco i  delfiny u wybrzeży Sardynii. Na naszym polskim podwórku można było usłyszeć o spacerujących środkiem (zazwyczaj tłocznych) ulic Zakopanego jeleniach oraz… o niedźwiedziu w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. I tak, jak pierwsza informacja – moim zdaniem – szokująca nie była, bo jeleniowate widzi się w Zakopanem chyba codziennie (choć może nie na skrzyżowaniach), to o niedźwiedziu w Pięciu Stawach już stosunkowo dawno nie słyszałam. Smutne, że pozytywny szok wywołało tym razem coś, co – na dobrą sprawę – powinno być czymś wcale nie aż tak szokującym (dzikie zwierzę w jednym z najpiękniejszych zakątków najwyższych polskich gór)… Powinno, ale nie jest, bo wszyscy wiemy, jak wielkie tłumy chodzą po szlakach Tatrzańskiego Parku Narodowego i jaki wpływ na ekosystem ma nasza obecność właśnie tam. Niedźwiedź objawił się nie po miesiącach czy latach zamknięcia parku, ale po kilku tygodniach, tyle wystarczyło, by przyroda i tutaj zaczęła się „restartować”…

Dolina Pieciu Stawow Polskich_jesien19.jpg

Tęsknię za górami, tęsknię za Tatrami. Bardzo. Po raz kolejny jednak okazało się, że mogę bez nich żyć (zwłaszcza, że moja izolacja od nich trwa sporo dłużej niż izolacja związana z zarazą). Nawet jeśli jest to niełatwe. Gdy jednak usłyszałam o tym, że nasze parki narodowe ponownie się otwierają (TPN – całe szczęście – jako ostatni), pomyślałam, że można by jeszcze poczekać. Zarówno ze względów epidemiologicznych (chyba nie trzeba tutaj niczego tłumaczyć), jak i ze względów przyrodniczych. Bo strach pomyśleć, że za chwilę lub dwie, znów setki, tysiące (a w długi weekend czerwcowy i wakacje dziesiątki i setki tysięcy) miłośników Tatr, również tych, a może zwłaszcza tych, co to „żyć bez gór nie potrafią”, tłumnie będzie przemierzać polskie Tatry… I pomyślałam, że może każdy, zwłaszcza z tych, co to w Tatrach „muszą” być co miesiąc, albo i co weekend (proszę mi wierzyć, że wiem, o czym mówię, bo zaznałam tego narkotyku w swoim czasie), powinien czasami odpuścić, zostać w domu lub zamiast jechać w Tatry, przejść się „tylko” do pobliskiego lasu albo w pola. Dla przyrody, dla zwierząt, dla roślin, dla ciszy. I dla siebie też. Bo im większa tęsknota, tym większa radość potem…

O tym, że dziecko w górach może i ma prawo pomarudzić

Buszując ostatnio nieco po sieci, szczególnie po blogach pokrewnych tematycznie, dotarło do mnie, jak bardzo temat wędrówek po górach z dziećmi (całkiem małymi czy nieco większymi) jest idealizowany. Znajdziemy setki czy tysiące opisów takich wycieczek (gdzie, z kim, którędy, fotografie pięknych krajobrazów i uśmiechniętych dzieci, samych lub z rodzicami), które mają, a na pewno mogą działać jak zachęta (skoro oni tam weszli, to i my damy radę). Czytaj dalej „O tym, że dziecko w górach może i ma prawo pomarudzić”

Jeszcze raz o rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie [cz. 2]

Poprzedni tekst wprowadzał w temat i zajmował się pewnymi ogólnymi kwestiami, które nasunęły nam się podczas zapoznawania się z niedawno opublikowanym VI Rankingiem Schronisk Górskich czasopisma „n.p.m.”. Teraz będzie bardziej konkretnie, przede wszystkim na podstawie wad i zalet schronisk wypunktowanych w tabeli lub opisanych w artykułach towarzyszących rankingowi. Czytaj dalej „Jeszcze raz o rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie [cz. 2]”

Małe dziecko w Tatrach, czyli czego nauczył nas szesnastomiesięczny turysta

To, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, wie każdy. W kontekście tematyki naszego wpisu nie chodzi tu jedynie o dosłowne, fizyczne położenie dziecka względem rodzica (bycie w nosidle, na rączkach, na własnych nóżkach), ale przede wszystkim o to, w jaki sposób dziecko funkcjonuje. Półtoraroczniak to już przecież nie niemowlę wtulone w rodzica, ale maluch, którego potrzeby wykraczają znacznie poza jedzenie, picie, suchość pieluszki i bliskość rodziców. I tak podczas naszego kolejnego wspólnego wyjazdu w góry, okazało się, że my-rodzice musimy nauczyć się wielu rzeczy zupełnie od nowa. Oto – w dużym skrócie – jakie lekcje przekazał nam szesnastomiesięczny synek podczas tygodnia spędzonego w Tatrach.

Czytaj dalej „Małe dziecko w Tatrach, czyli czego nauczył nas szesnastomiesięczny turysta”

O (moim) schronisku nad Morskim Okiem

Bardzo dobrze pamiętam, gdy pierwszy raz trafiłam na nocleg do schroniska nad Morskim Okiem. To było 3 maja, kilkanaście lat temu. Poszłam samotnie z Pięciu Stawów przez Szpiglasową Przełęcz. Odebrałam solidną lekcję pokory (ani moje ówczesne umiejętności, ani wyposażenie – a raczej jego brak – nie licowały z warunkami śniegowymi, które tego dnia były na tej trasie; nigdy więcej już nie posłuchałam rady typu „To tylko dwa metry trudności, wyglądasz na kogoś, kto da radę bez raków i czekana”), na wysokości 2110 m n.p.m. poznałam wyjątkową osobę, a także otarłam się o coś, co Bóg-jeden-wie, jak się mogło skończyć, gdyby nie refleks i szybka reakcja nowego znajomego. Potem była majowa burza i przeczekiwanie jej w tłumie, przy wejściu. Na koniec noc w Starym Schronisku, gdzie spało nas, jeśli się nie mylę… trzy osoby. (Podejrzewam, że obecnie w długie, majowe weekendy takie cuda się nie zdarzają). Upadło wtedy moje wyobrażenie o tym miejscu, jako o wiecznie zatłoczonym, najdroższym i (pewnie głównie z tego względu) mało przyjaznym dla zwykłego turysty. Tego dnia dowiedziałam się również (mimo tego, że bywałam tam, jako przechodząca osoba, wielokrotnie), że wrzątek dla turystów (do własnych naczyń) jest dostępny w bufecie za darmo i poza kolejką. Tak jest do dzisiaj, nawet gdy w środku kłębi się potężny tłum żądny, skądinąd całkiem smacznego, jedzenia.

Czytaj dalej „O (moim) schronisku nad Morskim Okiem”

W góry z niemowlakiem. O doborze tras, nosidle turystycznym i niekoniecznie ciepłej jesieni

Ilość możliwości i kombinacji dotyczących tras na wycieczki z niemowlakiem jest prawdopodobnie niepoliczalna. Zwłaszcza, że do dyspozycji możemy mieć zarówno wózek dziecięcy, jak i nosidełko dla maluszka. Wszystko więc zależy od rozsądku rodziców, który powinien brać pod uwagę szereg czynników, takich jak np. warunki terenowe i pogodowe oraz możliwości dziecka. Dlaczego „możliwości dziecka”, skoro ono przecież jest noszone (ewent. wożone), więc (rzekomo) się nie męczy? Ano, właśnie dlatego, że każde jest inne – jedno lubi być noszone w chuście/nosidle czy bardzo długo wożone wózkiem, inne – nie. Jedno szybko się przeziębi przy zmiennej pogodzie, inne okaże się być całkiem odporne na tego typu warunki itd. itp. Każdy rodzic, który próbował, wie, że płaczącego malucha zbyt długo nie da się nosić w górskim terenie. Płacz może uda się ukoić dzięki posiłkowi lub wyciągnięciu z nosidła (tyle, że potem znów – zazwyczaj – trzeba dziecko tam wsadzić), ale może być też tak, że będzie on sygnalizować po prostu duuuuże zmęczenie, a wtedy może być ciężko pokonać dalszą część trasy, nawet gdy jest to już droga powrotna. Dlatego też, planując wypady z niemowlakiem (tak, ciągle opieramy się na swoim doświadczeniu zdobywanym z maleństwem, które nie skończyło jeszcze roku), warto zaczynać, mając na względzie przede wszystkim to, by trasa była nie za długa. I czas wtedy odrzucić swoje skale trudności sprzed narodzin dziecka, że krótka trasa to np. sześć godzin. Z dzieckiem owo sześć godzin może zająć dużo więcej (postoje, wolniejsze tempo…), a dla malucha tak długa wycieczka terenowa może być zdecydowanie za długa (i niezdrowa, jeśli zbyt rzadko będziemy wyciągać dziecko z nosidła).

Czytaj dalej „W góry z niemowlakiem. O doborze tras, nosidle turystycznym i niekoniecznie ciepłej jesieni”