O tym, że dziecko w górach może i ma prawo pomarudzić

Buszując ostatnio nieco po sieci, szczególnie po blogach pokrewnych tematycznie, dotarło do mnie, jak bardzo temat wędrówek po górach z dziećmi (całkiem małymi czy nieco większymi) jest idealizowany. Znajdziemy setki czy tysiące opisów takich wycieczek (gdzie, z kim, którędy, fotografie pięknych krajobrazów i uśmiechniętych dzieci, samych lub z rodzicami), które mają, a na pewno mogą działać jak zachęta (skoro oni tam weszli, to i my damy radę).

Na Rusinowej Polanie.

Natrafimy na trochę artykułów-poradników (co zabrać, jak planować), ale osobiście nie natknęłam się jeszcze na artykuł, gdzie wprost opisane byłyby trudy i problemy (przeżyte, nie teoretyczne) podczas tego typu wędrówek. Ba, doszłam do wniosku, że sama – chcąc nie chcąc, a raczej obawiając się, że mogłabym przez kogoś zostać oceniona negatywnie – również przed niełatwymi tematami czy też wspomnieniami w tej materii nieco uciekałam, a przynajmniej je „wygładzałam”. W końcu nikt specjalnie nie lubi pielęgnować w pamięci doświadczeń niemiłych, prawda? A gdy dotyczą one już dziecka (płaczącego na górskim szlaku) oraz postawy mnie-rodzica (stawającego na rzęsach, by ten płacz ukoić i udawać, że nie widzi się „tych” spojrzeń), to już na pewno nie jest to super temat do publikacji. Niech więc tym razem będzie inaczej. Niech będzie o tym, co nam się przytafiło jakiś czas temu w górach, a co nauczyło nas, że komfort i bezpieczeństwo dziecka na wycieczce są priorytetem, od którego – koniec końców – zależy również nasz komfort oraz bilans dnia. Że nie ma prostych wzorów, algorytmów, które ułatwią na 100% „obsługę” następnym razem, zwłaszcza gdy zmieni się (nawet trochę) wiek dziecka, trasa, pogoda, warunki pod stopami… Może to komuś nieco zepsuje idealizowany, jak się zdaje, na niejednym górskim blogu obraz rodzin rozkochanych w górach, ale z drugiej strony może tchnie nieco otuchy w tych, którzy nie mają zbyt dobrych doświadczeń w tej materii lub głowią się, czy w bliskiej przyszłości podobnym „zadaniom” podołają. Zacznijmy więc od tego, że z doświadczenia naszego i naszych licznych znajomych praktykujących podobne przyjemności jasno wynika, że malutkie dzieci (nasz Malucha ma obecnie niecałe 3 latka), które w górach nigdy nie marudzą może i się zdarzają, ale my takich nie znamy. Bo zmiennych jest dużo, a komunikacja utrudniona, więc łatwo nie spełnić w którymś momencie dziecięcych potrzeb.

 

Na Bukowym Berdzie. Bez pośpiechu.

Gdy chodziliśmy po górach z dzieckiem w przedziale wiekowym cztery – sześć miesięcy, naszym największym „grzechem” była zbyt mała elastyczność (domyślność?) jeśli chodzi o rozpoznawanie potrzeb „jedzeniowych”. Dziecko właściwie idealnie funkcjonujące w owym czasie pod względem spożywania swoich mlecznych posiłków na nizinach, całkowicie rozstrajało się na wyjazdach. Kiedy nam się zdawało, że już czas (a do tego aura i miejsce odpowiednie), Mały Turysta bywał albo absolutnie niezainteresowany jedzeniem, albo spożywał, ale w granicach, które nie dawały (słusznie!) rodzicom satysfakcji i spokoju umysłu. No i zdarzyło się, że podczas schodzenia z Doliny Pięciu Stawów w dół Roztoki, po osiągnięciu granicy lasu, Malec rozpłakał się tak żałośnie, że nikt z tłumnie mijających nas turystów idących pod górę nie mógł mieć wątpliwości, że dziecko miało dosyć swoich (z całą pewnością) nieodpowiedzialnych rodziców. Cóż z tego, że pierwszą, a więc zdawałoby się trudniejszą część wycieczki dziecko przeżyło idealnie i bezproblemowo. I że oczywiście w Pięciu Stawach przepięknie pozowało do rodzinnych zdjęć. Zanim bardzo młodzi stażem rodzice, którymi wtedy byliśmy, zrozumieli, że to jednak nie o zmęczenie chodzi (lub – nie tylko o zmęczenie), próbowali ukoić dziecko na różne sposoby. Ale od podjęcia decyzji o karmieniu do samego karmienia musiała niestety minąć chwila, gdyż mleko (w naszym przypadku w owym czasie sztuczne) musiało być podgrzane. A to żadnemu głodnemu dziecku się nie podoba… Na szczęście dłuższy odpoczynek z karmieniem ukoił skołatane nerwy Malucha i rodziców, a w lesie znów zapanowała (względna) cisza.

Podobny (choć spowodowany czym innym), jeszcze trudniejszy chyba do wytrzymania dla rodziców, płacz miał miejsce zimową jesienią, kiedy wybraliśmy się na szlak pozornie banalny, czyli do Doliny Kościeliskiej. Aura bajkowa, zimowa, tyle, że temperatura odczuwalna sporo poniżej zera. To przecież nie tak daleko, damy radę. Jesteśmy dobrze ubrani, nasze ośmiomiesięczne dziecko też, do tego opakowane, na ile to możliwe, szczelnie w nosidle trekkingowym. I na pewno najedzone. Radość z bajkowo przyozdobionych białym puchem drzew trwała krótko i u rodziców, i u dziecka. Zaczęły się łzy, płacz. Z trudem, ale dawało się odwracać uwagę Malca, co na szczęście skutkowało ukojeniem nerwów. Ale potem powtórka, i znowu. Aż w końcu dopadło go zmęczenie, czyli sen, który sprawił, że wycieczka jednak się odbyła. Tak, to był jedyny raz, kiedy naprawdę łamałam się, żeby jednak zawrócić (przede wszystkim ze względu na obawę o zdrowie dziecka – zimne, wilgotne powietrze+płacz=problemy na horyzoncie). Uratowało nas sprawne tempo i drzemka Pasażera nosidła.

Gdzie jest bobas?

Po całkiem niekrótkim (i bardzo radosnym!) pobycie w schronisku na Hali Ornak (na szczęście niezbyt tłocznym owego dnia), byliśmy pewni (hahaha), że zdążymy Malucha donieść do samochodu podczas jednej dłuższej drzemki, której żeśmy się spodziewali. Płonne nadzieje. Sen, owszem, przyszedł, ale nie w upragnionym przez rodziców wymiarze. Połowa drogi zeszła nam więc na intensywnym śpiewaniu, wygłupianiu, machaniu kijkami przez dzieckiem – wszystkim, co sprawiało, że przestawał „skwierczeć” i płakać. Po wycieczce potwierdziliśmy nasze przypuszczenia, że głównym problemem dziecka była tego dnia… ilość ubrań, którą obdarzyła go (zbyt) troskliwa matka, niemożność swobodnego poruszania się (w tych wszystkich warstwach) oraz – w związku z tym – niezbyt wygodna pozycja w nosidle… (Gdy tylko późnym popołudniem znaleźliśmy się na dole, w restauracji, nasze dziecko było ponownie w wyśmienitym humorze – apetyt dopisywał, a zabawki w rękach miały odpowiednią opiekę). Do żadnej infekcji dróg oddechowych na szczęście nie doszło. Nigdy więcej podobna sytuacja nie miała miejsca. Zdecydowaliśmy również, że prawdziwe (jeszcze bardziej) zimowe warunki muszą na nas poczekać. Dalsza część wyjazdu była całkowicie bezproblemowa, po prostu wybieraliśmy jeszcze krótsze trasy i do tego zawsze ze schroniskiem po drodze. W jesienną, kapryśną pogodę (jeden dzień słońca w ciągu tygodnia) było to najrozsądniejsze, a nasz Mały Turysta już nie musiał narzekać.

Kolejnego lata, gdy Maluch miał niepełne półtora roku, pełni optymizmu (jako że po wiosennych niegórskich wycieczkach wiedzieliśmy, że polubił bardzo przebywanie i spanie w nosidle trekkingowym, czego dał dowód dzień wcześniej w Dolinie Kościeliskiej) wybraliśmy się na słowacką stronę Tatr, w Tatry Zachodnie. Najpierw z Głodówki jechaliśmy do Zverovki (grubo ponad godzinę), potem asfaltem udaliśmy się Doliną Rohacką ku Bufetowi Rohackiemu (dawniej Ťatliakova chata). Ku naszemu zaskoczeniu dziecko potężny kawał drogi szło na nóżkach, bawiło się w podbieganie i cofanie, szukało kwiatków i motylków. Mimo naszych licznych namów, na ostateczną kapitulację (czyli wsiadkę do nosidła) zdecydowało się dopiero w drugiej połowie trasy. Ledwo udało nam się je dotrzymać bez snu do bufetu, gdzie planowaliśmy posiłek. Następnie wyruszyliśmy ku Stawom Rohackim, a zachęceni (jak się nam zdawało) mocnym snem zmęczonego i najedzonego Pasażera nosidła, postanowiliśmy kontynuować wycieczkę ku wyżej położonym stawom i schodzić inną drogą, czyli przez Dolinę Spaloną. Byliśmy pewni, że mamy około godziny snu jak w banku. Cóż, ten dzień, podobnie, jak i każdy następny na wyjeździe pokazał, że nasz Maluch w trekkingowym nosidle śpi już nie dłużej 30-40 minut. I ani sekundy więcej! Jak w zegarku. (Dopiero po ponad pół roku zrozumiemy, że to było całkiem sporo, w każdym razie dużo więcej niż aktualnie obowiązujące, symboliczne 5-10 minut…). Potem absolutnie konieczna jest przerwa, czyli stacjonarny postój z wysiadką z nosidła, chodzeniem, jedzieniem, najlepiej zabawą.

Za parę chwil koniec drzemki…

Nad stawami jednak wciąż mieliśmy nadzieję, że sen znów przyjdzie (bo przecież to niemożliwe inaczej). Cóż, byliśmy w błędzie. Mimo starań dziecko ponownie nie usnęło, za to my musieliśmy skapitulować i zrobić postój w miejscu wcale nie najwygodniejszym, bo na kamienistej ścieżce, którą schodziliśmy i którą mijało nas kilkoro osób i w górę, i w dół. Kilka spojrzeń, które wtedy otrzymaliśmy od turystów, przynajmniej mnie, zaczęły wbijać w poczucie winy. Tak, dla naszego Malca ten dzień był w tym momencie już zbyt intensywny (przecież on nigdy wcześniej aż tyle piechotą w górach nie przeszedł! Co z tego, że po asfalcie?!), a powrót do nosidła jakoś wcale mu się nie widział. Problem był w tym, że byliśmy za połową drogi i by jak najszybciej dojść do samochodu, musieliśmy ją już kontynuować wybranym (zbyt optymistycznie) wariantem. Trasa obiektywnie wcale nietrudna – kamienistą, mozolną ścieżką sporo w dół do kosodrzewiny i lasu, potem długo Doliną Spaloną i na końcu znowu asfaltem. Niestety, zwłaszcza na początku nie było mowy, by prowadzić dziecko za rączkę (wąsko, zbyt duże stopnie, zbyt wiele luźnych, drobnych kamyczków i kamieni pod stopami). Chyba nigdy żeśmy tyle razy nie wyrecytowali na głos „Lokomotywy” i „Rzepki”, które w owym czasie były absolutnie na topie. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym więcej ludzi spotykaliśmy – a wtedy już było dużo łatwiej: inne dzieci, rowerzyści, miłe czworonogi – gdy dzieje się tak wiele, małe dziecko ma na czym skupić uwagę. Sprawdźcie, ta pętla na mapie wcale nie jest jakaś nazbyt okazała, dla dorosłego piechura czas marszu ma szansę zamknąć się w pięciu godzinach. Do Bufetu Rohackiego 1:35, myśmy doszli w 1:50. Na koniec trasy okazało się, że całość, łącznie z odpoczynkami i popasami, zajęła nam niemal 7 godzin. Cóż, w sumie i tak nie tak źle, po prostu z dzieckiem w nosidle, po leśnej drodze czy asfalcie mogliśmy już iść dosyć szybko… Pod koniec wycieczki dziecko zaczęło mieć katarek, który w następne dni się rozwijał (pogoda była idealna). Jest więc szansa, że dziecko – pomijając zmęczenie – nie czuło się dobrze, być może już zaczynała się infekcja.

***

Ani przed erą naszego rodzicielstwa, ani obecnie, nie było nas łatwo „zgorszyć” obecnością czy  zachowaniem dzieci w górach czy schroniskach. Zawsze za to podziwialiśmy rodziców z maluchami, czy to na plecach, czy tymi uwieszonymi za rączkę, czy w końcu tymi, za którymi trzeba wołać, by… zwolniły. Przypominamy sobie jednak kilka sytuacji, kiedy zachowanie rodziców małych dzieci, delikatnie mówiąc, mocno nas dziwiło. I nie będę się tu rozpisywać o przypadkach wybitnie patologicznych, czyli rodzinnej wędrówce z dziewięciolatkami na Świnicę (wszyscy w adidasach, a jedyny plecak malutki), kiedy niebo wyraźnie sygnalizuje możliwość burzy (nastąpiła zresztą w ciągu godziny). Mam raczej na myśli poodwilżową, oblodzoną Dolinę Kościeliską (pod raczki), którą szli rodzice z maleństwem w nosidełku. Po lodzie, bez kijków. Innym razem, w pełni zeszłorocznej zimy, w tygodniu, podczas którego GOPR codziennie „ściągał” ze szlaku wyczerpanych torowaniem w śniegu ludzi, spotkaliśmy w schronisku pod Turbaczem młode małżeństwo z rocznym dzieckiem. Nigdy w takich warunkach nie zdecydowalibyśmy się na wędrówkę z dzieckiem, zwłaszcza tak małym. Można się łudzić, że wjechali z kimś skuterem, ale jeśli nawet, to – przepraszam – po co?.. (Byliśmy tam i widzieliśmy, jak droga chwilę wcześniej ubita przez skuter, zmienia się w drogę z zaspami). Podobie nie zabrałabym obecnie mojego dziecka na przykład na wielogodzinną wędrówkę przez Czerwone Wierchy, podczas średnio atrakcyjnej wrześniowej aury. A już na pewno nie zdecydowałabym się na wariant śliskim i kruchym Kobylarzowym Żlebem (kto raz widział, co potrafi – dorosłemu – zrobić niewielki, ale spadający szybko kamyczek, wie, dlaczego wolę z dzieckiem unikać miejsc, gdzie takie zagrożenie jest większe). Na opis takiej wycieczki natrafiłam niedawno na internetowym blogu (dziecko miało niewiele ponad 1,5 roczku). Był on jeszcze uzupełniony informacjami o tym, że podróż w Tatry zaczęła się przed godziną 3 nad ranem, a sama wędrówka zaraz po 5. Myślę, że ja – dorosła osoba – byłabym po takiej cołodniowej wyrypie naprawdę zmęczona. Tym bardziej byłoby zmęczone moje dziecko… (W wielkim błędzie są ci, którzy myślą, że dziecko w nosidle nie odczuwa zmęczenia). Ciągnie nas do schronisk górskich i również z dzieckiem je regularnie odwiedzamy. Jakkolwiek możemy jeszcze spróbować pojąć zabranie dziecka na sobotni nocleg do wypełnionego po brzegi schroniska (konkretnie na Markowych Szczawinach), to nie do końca „czujemy”, dlaczego musiało ono zbyt długo przebywać w tym specyficznym hałasie, który wieczorną porą tworzą w potężnej jadalni ludzie, w większości po spożyciu (lub wręcz pod wpływem) alkoholu… Wiem, że jest szkoła wychowania, która głosi, że to dziecko ma się dostosować do rodziców i kropka. Osobiście jestem raczej wyznawcą zdrowych kompromisów i bardzo bym chciała, by taki stan rzeczy, a raczej relacji, udało nam się w rodzinie zachować na różnych płaszczyznach.

Spokojna, samodzielna wędrówką Doliną Strążyską.

Góry? Tak, ale nigdy za wszelką cenę.

Jeszcze raz o rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie [cz. 2]

Poprzedni tekst wprowadzał w temat i zajmował się pewnymi ogólnymi kwestiami, które nasunęły nam się podczas zapoznawania się z niedawno opublikowanym VI Rankingiem Schronisk Górskich czasopisma „n.p.m.”. Teraz będzie bardziej konkretnie, przede wszystkim na podstawie wad i zalet schronisk wypunktowanych w tabeli lub opisanych w artykułach towarzyszących rankingowi. Czytaj dalej „Jeszcze raz o rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie [cz. 2]”

O rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie (cz.1)

Z dużym zainteresowaniem, uważnie i kilkakroć przeczytaliśmy i analizowaliśmy VI Ranking Schronisk Górskich opublikowany w sierpniowym numerze Magazynu Turystyki Górskiej „n.p.m.” oraz wszelkie artykuły, które go uzupełniały. Niestety, po raz kolejny przyszło nam do głowy, że to chyba nie nasz świat. Że kryteria i ich ocena w wielu miejscach różnią się od naszych, niekiedy wręcz bulwersują, kiedy indziej po prostu zaskakują lub są niezrozumiałe. Czytaj dalej „O rankingu schronisk górskich wg „n.p.m.” bardzo subiektywnie (cz.1)”

Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym

Od tego sezonu (lato 2019) nie ma już w Wołostem Hoteliku pod Tarnicą. Miejsce te było dość dobrze znane wśród turystów, gdyż oferowało niedrogie noclegi z bajecznym widokiem na Tarnicę. Właściwie można by rzec, że spało się prawie pod Tarnicą. Lokalizacja idealna dla turystów chcących penetrować gniazdo Tarnicy czy rozpoczynających wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim. Czytaj dalej „Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym”

Małe dziecko w Tatrach, czyli czego nauczył nas szesnastomiesięczny turysta

To, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, wie każdy. W kontekście tematyki naszego wpisu nie chodzi tu jedynie o dosłowne, fizyczne położenie dziecka względem rodzica (bycie w nosidle, na rączkach, na własnych nóżkach), ale przede wszystkim o to, w jaki sposób dziecko funkcjonuje. Półtoraroczniak to już przecież nie niemowlę wtulone w rodzica, ale maluch, którego potrzeby wykraczają znacznie poza jedzenie, picie, suchość pieluszki i bliskość rodziców. I tak podczas naszego kolejnego wspólnego wyjazdu w góry, okazało się, że my-rodzice musimy nauczyć się wielu rzeczy zupełnie od nowa. Oto – w dużym skrócie – jakie lekcje przekazał nam szesnastomiesięczny synek podczas tygodnia spędzonego w Tatrach.

Czytaj dalej „Małe dziecko w Tatrach, czyli czego nauczył nas szesnastomiesięczny turysta”

O podróżowaniu przez Czechy… i Polskę (suplement)

Będzie krótko, bo po co się powtarzać. A więc byłam niedawno w Karkonoszach. Obcowanie z najprawdziwszą zimą skończyłam w Hornej Malej Upie, czy jak kto woli na Przełęczy Okraj. Stąd rankiem (o godzinie 6.40), mimo białej drogi (wysypanej żwirem) i mrozu, wyruszyłyśmy z przystanku (położonego niewiele poniżej 1040 m n.p.m.) autobusem komunikacji publicznej, by niechętnie rozpocząć odwrót ku drogiej ojczyźnie. Wszystko szło doskonale: Trutnov, Hradec Králové, Pardubice; przesiadki, przystanki, dworce, schludne poczekalnie i typowe dworcowe knajpki (a raczej „restauracje”), a przede wszystkim czyste pociągi osobowe i pospieszne (niektóre jadące 100 km/h). Wszędzie klimatyzacja, dzięki której ani za gorąco, ani za zimno. Czeski standard. Pani w kasie biletowej, która (sama z siebie) „wyczarowała” dla nas bilety tańsze o kilkaset koron*. W końcu pociąg Eurocity, czeski skład (obsada czeska oczywiście tylko do granicy). Teraz już jedziemy prosto do Krakowa. Za oknem zmieniają się krajobrazy, od podgórskich widoków ku typowo śląskim klimatom. Można po prostu być i odpoczywać. Spokój skończył się wraz z przekroczeniem granicy czesko-polskiej. Kiedy pociąg o takim standardzie porusza się z prędkością 30 kilometrów na godzinę, to proszę wybaczyć, ale świętego by spokój opuścił. I jeszcze to paskudne poczucie wstydu, bo w przedziale prócz nas dwójka turystów anglojęzycznych jadących do Krakowa, którzy (na „dzień dobry”) nie mogli nie zauważyć różnicy w podróżowaniu przez Czechy i przez Polskę… Jeśli ktoś myśli, że dramatyzuję, to proszę policzyć samemu: między Czechowicami-Dziedzicami a stacją Brzeszcze Jawiszowice (tak, tutaj również pociąg się zatrzymuje!) jest 21 kilometrów. Pociąg pokonuje je w… 41 minut. Na sam koniec 10 minut dodatkowego oczekiwania na wjazd na dworzec w Krakowie, bo zabrakło dla nas wolnego toru…

o_podrozowaniu_przez_Czechy_na_stacji_gdzies_w_Jesenikach

Odwołuję to, co napisałam poprzednio. Nie podróżujcie przez Czechy. Szok po zderzeniu z naszą, polską rzeczywistością może być zbyt bolesny.

* Kto jest pewny swojej podróży tego typu pociągiem przez Czechy, niech odpowiednio wcześniej próbuje kupić bilet on-line – jest duża szansa na jakieś zniżki/promocje. Tak czy owak, (w Eurocity) teoretycznie powinno być najtaniej, jeśli kupimy bilet tylko na trasę po stronie czeskiej, następnie (osobno) na odcinek graniczny, do pierwszej stacji po polskiej stronie granicy, po to by za końcowy (polski odcinek) zapłacić bezpośrednio u polskiego konduktora. Mimo dopłaty za kupno biletu u obsługi, powinno być taniej niż za bilet międzynarodowy. Osobiście, jeśli będzie okazja, następnym razem skorzystam z połączeń autobusowych typu Ostrava-Kraków…

O podróżowaniu przez Czechy, czyli rzecz o tym, jak ominąć Wałbrzych

Choć Sudety (po obydwu stronach granicy) i Czechy (w ogóle) od dawna były w obrębie naszych zainteresowań, to „chwilę” nam zajęło dojście do wniosku, że skoro łatwiej, ciekawiej, przyjemniej i sprawniej podróżuje się po południowej stronie granicy niż u nas, to można z tego korzystać nawet wtedy, gdy chcemy wędrować przede wszystkim po polskiej części dzielonych z Czechami gór.

Czytaj dalej „O podróżowaniu przez Czechy, czyli rzecz o tym, jak ominąć Wałbrzych”

O (moim) schronisku nad Morskim Okiem

Bardzo dobrze pamiętam, gdy pierwszy raz trafiłam na nocleg do schroniska nad Morskim Okiem. To było 3 maja, kilkanaście lat temu. Poszłam samotnie z Pięciu Stawów przez Szpiglasową Przełęcz. Odebrałam solidną lekcję pokory (ani moje ówczesne umiejętności, ani wyposażenie – a raczej jego brak – nie licowały z warunkami śniegowymi, które tego dnia były na tej trasie; nigdy więcej już nie posłuchałam rady typu „To tylko dwa metry trudności, wyglądasz na kogoś, kto da radę bez raków i czekana”), na wysokości 2110 m n.p.m. poznałam wyjątkową osobę, a także otarłam się o coś, co Bóg-jeden-wie, jak się mogło skończyć, gdyby nie refleks i szybka reakcja nowego znajomego. Potem była majowa burza i przeczekiwanie jej w tłumie, przy wejściu. Na koniec noc w Starym Schronisku, gdzie spało nas, jeśli się nie mylę… trzy osoby. (Podejrzewam, że obecnie w długie, majowe weekendy takie cuda się nie zdarzają). Upadło wtedy moje wyobrażenie o tym miejscu, jako o wiecznie zatłoczonym, najdroższym i (pewnie głównie z tego względu) mało przyjaznym dla zwykłego turysty. Tego dnia dowiedziałam się również (mimo tego, że bywałam tam, jako przechodząca osoba, wielokrotnie), że wrzątek dla turystów (do własnych naczyń) jest dostępny w bufecie za darmo i poza kolejką. Tak jest do dzisiaj, nawet gdy w środku kłębi się potężny tłum żądny, skądinąd całkiem smacznego, jedzenia.

Czytaj dalej „O (moim) schronisku nad Morskim Okiem”

W góry z niemowlakiem. O doborze tras, nosidle turystycznym i niekoniecznie ciepłej jesieni

Ilość możliwości i kombinacji dotyczących tras na wycieczki z niemowlakiem jest prawdopodobnie niepoliczalna. Zwłaszcza, że do dyspozycji możemy mieć zarówno wózek dziecięcy, jak i nosidełko dla maluszka. Wszystko więc zależy od rozsądku rodziców, który powinien brać pod uwagę szereg czynników, takich jak np. warunki terenowe i pogodowe oraz możliwości dziecka. Dlaczego „możliwości dziecka”, skoro ono przecież jest noszone (ewent. wożone), więc (rzekomo) się nie męczy? Ano, właśnie dlatego, że każde jest inne – jedno lubi być noszone w chuście/nosidle czy bardzo długo wożone wózkiem, inne – nie. Jedno szybko się przeziębi przy zmiennej pogodzie, inne okaże się być całkiem odporne na tego typu warunki itd. itp. Każdy rodzic, który próbował, wie, że płaczącego malucha zbyt długo nie da się nosić w górskim terenie. Płacz może uda się ukoić dzięki posiłkowi lub wyciągnięciu z nosidła (tyle, że potem znów – zazwyczaj – trzeba dziecko tam wsadzić), ale może być też tak, że będzie on sygnalizować po prostu duuuuże zmęczenie, a wtedy może być ciężko pokonać dalszą część trasy, nawet gdy jest to już droga powrotna. Dlatego też, planując wypady z niemowlakiem (tak, ciągle opieramy się na swoim doświadczeniu zdobywanym z maleństwem, które nie skończyło jeszcze roku), warto zaczynać, mając na względzie przede wszystkim to, by trasa była nie za długa. I czas wtedy odrzucić swoje skale trudności sprzed narodzin dziecka, że krótka trasa to np. sześć godzin. Z dzieckiem owo sześć godzin może zająć dużo więcej (postoje, wolniejsze tempo…), a dla malucha tak długa wycieczka terenowa może być zdecydowanie za długa (i niezdrowa, jeśli zbyt rzadko będziemy wyciągać dziecko z nosidła).

Czytaj dalej „W góry z niemowlakiem. O doborze tras, nosidle turystycznym i niekoniecznie ciepłej jesieni”

W góry z niemowlakiem. Ekwipunek (mini poradnik dla początkujących)

Niektórzy ludzie samą myśl o wyjeździe w góry z niemowlęciem (dla niewtajemniczonych – chodzi o dziecko między drugim a dwunastym miesiąca życia) od razu negują. Zazwyczaj powody są trzy – postawa „To niebezpieczne i głupie”; niemożliwość wyobrażenia sobie takiej opcji („Przecież i tak nie pójdziemy na Rysy albo Orlą Perć, to po co w ogóle gdzieś jechać?..”) lub przerażenie związane z kwestią ilości rzeczy, które należałoby ze sobą na taki wyjazd zabrać, a następnie ekwipunku, który powinien znaleźć się w plecaku podczas konkretnej górskiej wycieczki. By więc potencjalnie choć trochę ułatwić wątpiącym tą ostatnią kwestię, chcemy się podzielić naszym dość świeżym, osobistym doświadczeniem. Może komuś do czegoś ta wiedza się przyda lub przynajmniej zainspiruje, choć wiadomo – każdy rodzic jest inny, nie mówiąc już o Maluchach, wszystko więc „zależy”… [Jedna uwaga – poniższy tekst bazuje na wiedzy zdobytej podczas wycieczek odbytych ciepłą porą roku i przy zasadniczo dobrych warunkach pogodowych].

Czytaj dalej „W góry z niemowlakiem. Ekwipunek (mini poradnik dla początkujących)”