Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym

Od tego sezonu (lato 2019) nie ma już w Wołostem Hoteliku pod Tarnicą. Miejsce te było dość dobrze znane wśród turystów, gdyż oferowało niedrogie noclegi z bajecznym widokiem na Tarnicę. Właściwie można by rzec, że spało się prawie pod Tarnicą. Lokalizacja idealna dla turystów chcących penetrować gniazdo Tarnicy czy rozpoczynających wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim. Czytaj dalej „Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym”

Zielono mi (początek lata w górach)

Prócz nieprzewidywalnej aury w Tatrach, koniec czerwca i początek lipca to w górach naszego kraju zielony raj, długi dzień oraz dość wysokie temperatury (i w nocy, i w dzień) ze wszystkimi tego konsekwencjami (np. burzami). Dla osób kochających jesień z jej rudościami, mgłami, ale i bardzo krótkim dniem, to bajeczna odmiana. A cudownie o tej porze roku bywa i w Bieszczadach…

Czytaj dalej „Zielono mi (początek lata w górach)”

Powsia. Tworylczyk (Bieszczady)

Tworylczyk był przysiółkiem Tworylnego. Idąc od Krywego łatwo lokalizujemy go zaraz po przekroczeniu potoku o tej samej nazwie co poszukiwane przez nas, nieistniejące osiedle (nad nim umiejscowionych była większośc młynów Tworylnego). Droga prowadzi nas jakby prosto w kierunku góry, która – dla odmiany – nazywa się Tworylczyk.

Czytaj dalej „Powsia. Tworylczyk (Bieszczady)”

Powsia. Tworylne (Bieszczady)

Choć naszym zdaniem najlepszą porą na poszukiwanie pozostałości po dawnych osadach jest bezlistna wiosna po ustąpieniu śniegów, to i jesień bywa przychylna (zwłaszcza gdy nie ma już liści na drzewach i krzewach, a część chaszczy zostanie skutecznie położona przez pierwsze obfitsze opady śniegu i solidniejsze przymrozki). Stąd powrót akurat tego cyklu – może kogoś zainspiruje. Wszak jesień nadchodzi.

Czytaj dalej „Powsia. Tworylne (Bieszczady)”

Spotkanie (zwierzaki małe i nieco większe cz. 3)

Podczas ostatniego – wyczekiwanego przez nas – weekendu spotkaliśmy wiele oznak dzikiego życia. Był kwitnący barwinek, setki pierwiosnków, a nawet żywiec gruczołowaty (już!?); były ptasie chóry o świcie i zmierzchu oraz nocni samotnicy; były ślady obecności zwierząt dużych (zarówno naszych najpotężniejszych kopytnych, jak i takich, co to być może kiepsko przespały zimę…), ale i nieco mniejszych „futrzaków”, za to tych (aż za) bardzo pracowitych, jeśli chodzi o tamy budowane, gdzie tylko się da.

Czytaj dalej „Spotkanie (zwierzaki małe i nieco większe cz. 3)”

Powsia. Zamiast wstępu

Tytułowego wyrazu na próżno szukać w słownikach. My zostaliśmy z nim oswojeni dzięki naszym Przyjaciołom. Dla tych, którzy go używają w kontekście Beskidu Niskiego oraz Bieszczadów, zdaje się być dość oczywisty – są to miejsca po wyludnionych wsiach, które to ich mieszkańcy (Łemkowie i Bojkowie) – czasem za namową, a znacznie częściej pod przymusem – opuścili na skutek zawieruchy wojennej i politycznych decyzji. Wszystko zaczęło się jeszcze w 1944 roku – Polacy mieli opuścić tereny Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a ludność rusińska – Polskę (analogiczne porozumienia PKWN zawarł także z radzieckimi republikami Litwy i Białorusi). Teoretycznie wymiana ludności odbywała się za przyzwoleniem zainteresowanych. Osoby wyjeżdżające z Polski mamiono wizjami dobrobytu na ziemiach Związku Radzieckiego. Później, w 1947 roku, podczas akcji „Wisła”, ruch deportacyjny skierowany był już nie na wschód, ale na zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane. I tak na te nowe, obce kresy wysyłani byli zarówno Łemkowie, jak i Polacy, którzy musieli opuścić wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej…

Czytaj dalej „Powsia. Zamiast wstępu”

Bieszczadzka opowieść (późno)zimowa

Po nocnej podróży do Sanoka doczekaliśmy się jedynego tego dnia bezpośredniego transportu w kierunku Ustrzyków Górnych. Łapanie okazji na mrozie, zwłaszcza na mało uczęszczanych trasach – to dość specyficzna rozrywka, której udało się nam tym razem uniknąć. W autobusie nie za tłoczno, ale jak zwykle – interesująco;) Wysiedliśmy w Bereżkach – piękna, słoneczna pogoda. Poprzednie dni były podobnoż szpetne, warto więc było odpuścić i poczekać na lepszą pogodę, którą nam dał pierwszy weekend marca.

Czytaj dalej „Bieszczadzka opowieść (późno)zimowa”