Jesień. Wyjechać_

A czemu zamiast latem, nie wziąć urlopu właśnie jesienią?.. Fakt, pogoda może być skrajnie różna, bo od słonecznych kilkunastu stopni, poprzez mgły i słoty, po śnieg, mróz i zamieć, ale chyba nikogo, kto choć raz widział jesienne morze mgieł, żółte liście pokryte szronem, czy poczuł zapach październikowych Tatr, nie trzeba przekonywać, że ta pora roku może stać się ulubioną.

Niespieszne i nietłoczne przejście przez zbocza Opalonego do Morskiego Oka.
W głębi Tatry Bielskie.

Pierwszą potężną zaletą jesieni jest to, że pomijając ładne pogodowo weekendy w popularnych miejscach, w górach jest mało ludzi, a często jest po prostu… pusto. Komfort na ścieżkach i szlakach, odpoczynek w bezludnych jadalniach schronisk,  ściganie się ze zmrokiem, a nie z wycieczkami, to solidna karta przetargowa dla wszystkich, którzy szukają w górach ciszy, samotności, piękna niezakłóconego.

Karkonosze, nad kotłem Wielkiego Stawu. W lecie jeden z najbardziej zatłoczonych fragmentów Drogi Przyjaźni.

Kolejnymi zaletami terminów jesiennych jest długość i różnorodność tej pory roku. Tak po prawdzie wczesną jesień mamy już teraz – w połowie września. Mimo że w południe będzie pewnie grubo ponad 20 stopni, to poranki są zimne, drzewa się przebarwiają, i tylko czekać jak wyższe partie Tatr  przywitają pierwszy śnieg oraz tę przeklętą cieniusieńką warstewkę lodu, której czasami nie widać… I mimo tego, że wiele osób lubi wrzesień, a popularne szlaki okupowane są przez ambitniejsze obozy adaptacyjne dla studentów, to nawet w ciasnych  latem Tatrach jest już luźniej. Widać to zwłaszcza poza weekendami. Natomiast październik to „żelazny” termin na wyjazd dla wielu osób, które kochają „płonące góry”. Morza przebarwiającej się buczyny, połoniny, Tatry Zachodnie… Gdzieś w tym wszystkim jeszcze trwające rykowiska, przyprawiające o zawał niejednego („Jezu, to na pewno niedźwiedź!”) . Potem stopniowo zaczyna się loteria – trwająca aż do solidnej zimy (nieraz niechcącej nadejść…) – równie dobrze może być słotnie, jak i zimowo, ciepło i buro, jak i mroźnie (co nie musi oznaczać śnieżnie) i słonecznie…

A dobę wcześniej było sucho i słonecznie. Początek listopada nad Małym Stawem w Karkonoszach.
Koniec grudnia na Hali na Małej Raczy (na horyzoncie Tatry) w B. Żywieckim. Trudno uwierzyć?

Jesień to bowiem efekty, których próżno szukać kiedy indziej. Duże różnice temperatur, częste inwersje, feerie barw jesiennych liści i traw, przymrozki, szron, szadź, mgły, błota, pierwszy, albo i drugi śnieg, a potem chodzenie znów o suchej nodze, no i pokochane przez nas do obsesji – morza mgieł, tańce chmur i wszystko, co z tym związane.

Listopadowy widok na Tatry z Wysokiej w Pieninach.
Widok ze zboczy Koziego Wierchu w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich.

Jesień bywa też kapryśna. Jednego roku Świnica dopuszcza do siebie o „suchej skale” jeszcze na początku listopada, by rok później człowiek mógł spokornieć w zawiei śnieżnej na Długiej Hali przed Turbaczem.  Oczywiście na różnego rodzaju nagłe zwroty akcji – jak to w górach – trzeba być przygotowanym nawet podczas krótkich wyjazdów: gdy pierwszy raz zawitaliśmy w Worek Raczański, Hala Rycerzowa objawiła nam się tak:

No i gdzie ta bacówka?!

Następnego ranka zobaczyliśmy to:

Warto? Pewnie, że warto. Jeszcze jak.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s