Dlaczego zimą w górach jest inaczej?..

Kolejne doniesienia o „ściąganiu” przez ratowników turystów nie mogących samodzielnie wrócić na dół – a to w Tatrach, a to w Beskidach, przynagliły mnie do tego wpisu. Jakkolwiek nie jest on skierowany do tych, którzy wybierają się na biwaki zimowe w wysokich górach, ale raczej (choć pewnie nie tylko) do tych, którzy zaczynają przygodę z zimą i chcą się poruszać zasadniczo po szlakach turystycznych. A pisany jest nie z pozycji jakiegokolwiek „zawodowca”, ale po prostu nas-turystów pieszych, którzy drepczą po różnych polskich pasmach, także zimą.

Zachód słońca w Karkonoszach.

Dzień jest krótki. Od końca października do lutego-marca długość dnia nas nie rozpieszcza. Jest ona oczywiście pojęciem względnym, pamiętać należy, że w ponury, zachmurzony dzień ściemni się szybciej niż wtedy, gdy jest słonecznie. Łatwo też można się nabrać, przebywając na szczycie, czy odsłoniętym grzbiecie, że mamy jeszcze dużo czasu, bo słońce jest wciąż dość wysoko. Po pierwsze, to słońce jest niezwykle niepokorne jesienno-zimową porą, i zdaje się zachodzić szybciej. Po drugie, gdy zejdziemy w dolinę, do której promienie słońca już nie dochodzą, bądź do lasu, zmierzch czy noc ogarniają nas nadspodziewanie prędko. Wniosków z tego tytułu jest kilka. Po pierwsze – trzeba rozsądnie planować wycieczkę. Czasy przejścia szlaków (podawane w przewodnikach, na mapach czy drogowskazach) są (lepiej lub gorzej uśrednionymi) czasami letnimi (!). Zimą z różnych względów (o tym poniżej) może się okazać, że będziemy potrzebować dużo więcej czasu… Warto więc być na szlaku jak najwcześniej. Jeśli nie znamy za dobrze terenu, lepiej też nie zaczynać od chodzenia po ciemku. Jakkolwiek latarka (najlepiej czołówka) + baterie na wymianę (z takimi zapasowymi bateriami jest trochę jak z telefonem w  górach – człowiek niby nie potrzebuje, a jak w końcu potrzeba, to telefon pada) powinny być zawsze z nami w krótkie dni.

Jeśli zima jest w miarę normalna, to zazwyczaj w górach leży śnieg. To jego obecność baaaardzo dużo zmienia w naszym wędrowaniu. W większości naszych gór (prócz Tatr – one swoimi „standardami” różnią się znacznie i w tym punkcie), gdy jest go niewiele, bądź jest przedeptany, zazwyczaj nie sprawia większych problemów. (No, chyba, że buty są przemoknięte lub w ogóle nieodpowiednie…). Kopny śnieg natomiast jest potężnym wyzwaniem. Człowiek torujący drogę w kopnym śniegu potrzebuje o wiele więcej energii, a samo torowanie zajmuje dużo więcej czasu niż normalne chodzenie po 10-centymetrowym opadzie. Podobnie męczący może być śnieg przepadający – zmarznięty do pewnego stopnia na powierzchni, ale miękki pod spodem. Efekt jest podobny w każdym razie – człowiek męczy się bardziej. Znowuż zmarznięty, twardy śnieg bywa ułatwieniem w łagodniejszych terenach, ale tam, gdzie bardziej stromo (mam tu na myśli zwłaszcza Tatry, ale nie tylko – oto przykład: Bieszczadzka opowieść (późno)zimowa)   chodzenie robi się już trudniejsze, niebezpieczne, bądź wręcz niemożliwe bez odpowiedniego sprzętu (raki, czekan) i  umiejętności. Na przykład łatwe latem granie w naszych Tatrach Zachodnich zimą mogą się zrobić twarde i ostre – wtedy i sprzęt i umiejętności są konieczne. [Przywołanie tutaj Tatr Zachodnich nie jest przypadkowe – to one często są wybierane na zimowe wycieczki, jako rzekomo łatwiejsze od alpejskich w formach Tatr Wysokich.  Tymczasem w Zachodnich często łatwiej czy to o pobłądzenia, czy o niebezpieczne nawisy śnieżne na graniach…].  Warto też pamiętać, że warunki mogą być skrajnie różne niemalże tuż obok siebie – np. do wejścia/zejścia z oblodzonej Śnieżki możemy potrzebować raków, a na potężnej Równi pod Śnieżką śnieg będzie przepadający do tego stopnia, że można raz po raz  trafiać nogami w gałęzie kosodrzewiny… (kto zna, ten wie, że w kosodrzewinę lepiej się nie zaplątywać – ani latem, ani zimą).

Śnieg oczywiście musi kiedyś padać. Gdy pada, zwłaszcza podczas silnego wiatru nasza sytuacja w terenie może ulegać dodatkowym zmianom, albo i znacznie się komplikować. Śnieg może zasypywać nam ślady, jeśli za takowymi podążamy lub jeśli torujemy drogę komuś za nami. Może też przykryć cienką warstwą puchu zmarznięty śnieg czy lód. Gdy jest ciemno i oświetlamy sobie drogę latarką, to, co pada z nieba, może skutecznie ograniczyć nam widoczność tylko do tego, co dosłownie przed nami… W górach, gdzie występują lawiny (Tatry, Babia Góra, Karkonosze, Bieszczady…), intensywny opad śniegu – przy odpowiednich warunkach, np. silnym wietrze – potrafi z godziny na godzinę zmienić realny stopień zagrożenia lawinowego np. z 2-ki na 3-kę, a nawet 4-kę… To m.in. również dlatego wychodząc zimą w wysokie góry przy potencjalnie niskim stopniu zagrożenia lawinowego, nie możemy nigdy mieć pewności, co nas spotka w terenie.

Rzadko, ale zdarza się i tak: w 2005 roku lawina z Siwarnego Żlebu „przejechała” przez mostek koło Wodogrzmotów Mickiewicza (barierki częściowo zmiotło, częściowo wygięło, na szczęście nikt nie znajdował się na trasie lawiny). Słynniejsze są jednak lawiny schodzące Żlebem Żandarmerii. Z tego właśnie powodu zimą zaleca się wyznakowane obejście asfaltu od Włosienicy do Morskiego Oka (zresztą milej iść lasem niż asfaltem).

Wiatr, zwłaszcza silny i porywisty to również częsty towarzysz zimowych wędrówek. Może utrudniać, bądź wręcz uniemożliwiać marsz, pogarszać widoczność, ale w pierwszej chyba kolejności – o czym nie można zapominać – decyduje o temperaturze odczuwalnej i jest głównym czynnikiem wychładzającym organizm. To dlatego nie jest bez znaczenia, jak jesteśmy ubrani, począwszy od tego co chroni nasz tułów, nogi, skończywszy na (wcale nie mniej ważnych) rękach, głowie, a nawet twarzy (kominiarki z czegoś wiatroodpornego bywają prawdziwym zbawieniem). Co do rękawic, osobiście, nawet na krótkie wycieczki, zabieram co najmniej dwie pary. Nie tylko dlatego, że coś może zamoknąć, ale także dlatego, że rękawica bardzo łatwo może nam… pofrunąć w siną (białą?) dal. A zostać bez rękawicy, nieraz może oznaczać po prostu odmrożenia. Warto też zainwestować w jedną parę bardziej pancernych rękawic – czyli ciepluchnych i nieprzemakalnych. Nie warto ryzykować. Odmrożenia nie przydarzają się jedynie w górach typu alpejskiego. Dobrze też jest móc dobierać rękawice „na bieżąco” podczas naszej wycieczki – osłonięte od wiatru podejście lasem, jest nam ciepło, OK – lżejsze rękawiczki wystarczą; zbliżamy się do grzbietu, gdzie będzie nami smagać wiatr, a temperatura odczuwalna nie będzie mieć nic wspólnego z tą, która była poniżej – komfort zapewnią tylko odpowiednio ciepłe i wiatroodporne rękawice. Można też kombinować – jako pierwsza warstwa lżejsze, bardziej obcisłe rękawiczki, a na nie druga para z czegoś nieocieplanego, ale chroniącego nas przed wiatrem. Taka kompilacja nie sprawdza się jednak  przy bardzo mroźnej pogodzie. Trzeba też uważać na swoje spontaniczne decyzje, bo bywa, że po intensywnym podejściu, gdy zgrzani stajemy na szczycie, w przypływie zachwytu ściągamy rękawiczki, np. by zrobić zdjęcie (odczuwalna -30, a my mówimy: „Przecież to tylko parę chwil!”). Może tak od razu się nie odmrozimy, ale ból, gdy ponownie będziemy ocieplać zmarznięte dłonie, trudno zapomnieć. [Gdy nie wieje, dość często używam takiej kombinacji: cienkie, pięciopalczaste rękawiczki, a na nie polarowe „2 w 1”, czyli rękawice  dwupalczaste z ruchomą osłoną palców]. No i – o czym zapominać nie można – odczuwanie temperatury i odporność na nią też jest kwestią indywidualną. Nie jest tajemnicą, że zazwyczaj kobiety marzną bardziej (tak, tak, drogie Panie, to dlatego może nam być zimno w śpiworach, których oni [Panowie] nawet nie zapną… Eh…).

Dzieło jednej nocy – szadź na Wielkiej Raczy.

Co się tyczy jeszcze pewnych środków bezpieczeństwa związanych z wyziębieniem – warto mieć ze sobą folię NRC (tzw. koc ratunkowy). Ta bardzo wytrzymała, a złożona w niewielką, praktycznie nieważącą kostkę folia może się okazać bezcenna (a w sklepach medycznych czy outdoorowych wcale nie kosztuje majątku!). Człowiek owinięty jak najszczelniej folią będzie lepiej chroniony przed wyziębieniem (gdy złota  strona jest na zewnątrz) lub przegrzaniem (srebrna – na zewnątrz). Poza sytuacjami awaryjnymi, folia może mieć jeszcze inne zastosowania, do których zmusza nas bieżąca potrzeba. W każdym razie – polecam.

Telefon komórkowy (lepiej wyłączony, by bateria się nam nie rozładowała złośliwie) podobnie jak latem, powinien być w naszym ekwipunku, z tą różnicą, że zimą dużo łatwiej go uszkodzić. Telefon przy niskich temperaturach może zgłupieć i odmówić posłuszeństwa. Z jednej więc strony (jak zawsze) należy chronić go przed możliwością zamoknięcia (ewentualnie zapocenia!), z drugiej zaś przydałoby się, by nie był narażony na zbytnie wyziębienie. Różnego rodzaju szczelne etui + bezpieczna lokalizacja (proponuję gdzieś przy ciele. Projektanci polarów, kurtek prześcigają się w „bajeranckich” kieszonkach, więc czasami uda się im wymyślić coś pożytecznego;) i w miejscu niezbyt trudno dostępnym (chowanie telefonu „gdzieś” w plecaku może obrócić się przeciwko nam, gdy w trudnych warunkach i/lub zdenerwowaniu będziemy próbować go odnaleźć; nie mówiąc o tym, że plecak potencjalnie można stracić).

Słupki graniczne zimą – czasem widać, czasem – nie.

Wpis jest generalnie o turystyce „szlakowej”, należy się więc i tu kilka wyjaśnień. Zimą szlaki rzadko kiedy wyglądają podobnie do tego, co możemy pamiętać z innych pór roku. Raczej oczywiste, prawda? A jednak zaskakuje. Bo niby człowiek jadąc pierwszy raz zimą w góry spodziewa się, że będzie śnieg, ale nie musi mieć świadomości, że ów śnieg nie tylko będzie mu utrudniać poruszanie się, ale również orientację w terenie. Dzięki Bogu bowiem, większość szlaków w naszych górach nie jest asfaltowymi czy brukowanymi drogami. Problem zaczyna się więc, gdy ścieżki nie widać, nie widać też oznakowań czy to na drzewach czy kamieniach, a o tyczkach, które potencjalnie mogłyby nam wyznaczyć trasę możemy tylko pomarzyć (dla porządku wspomnę tylko, że spotykane w Tatrach czy na Babiej Górze ułatwienia w  formie łańcuchów czy klamer spoczywają pod warstwami śniegu i lodu). Gdy posiadamy bardzo dobrą znajomość danych terenów, szlaków, a pogoda jest znośna, możemy nie mieć większych problemów. Gorzej jednak, gdy właśnie brakuje odpowiedniej widoczności i/lub  znajomości terenu. W wielu sytuacjach wędrowanie w warunkach zimowych (nawet po szlakach) może wymagać dobrych umiejętności „mapowo-kompasowych”. Nie dla każdego więc taka zabawa, bo zgubienie się w warunkach zimowych, to skrajnie różne doświadczenie od podobnych „przygód” w warunkach letnich. [To, że w góry zawsze bierzemy ze sobą mapę, mam nadzieję jest dla każdego oczywiste…].

Podejście do Doliny Pięciu Stawów Polskich w warunkach śnieżnych.

Osobna uwaga dotycząca chodzenia po szlakach należy się też górom, w których występują lawiny. W Tatrach turystyka zimowa dopuszczona jest po szlakach turystycznych  lub w ich obrębie tak, by wędrówka była jak najbardziej bezpieczna. Będąc w terenie wysokogórskim turysta sam musi decydować, którędy jest owo „bezpieczniej”, a to już nie lada wyzwanie, bo w grę wchodzą tu nie tylko umiejętności techniczne turysty (nie wystarczy mieć raki i czekan przypięte do plecaka, trzeba jeszcze wiedzieć jak i po co ich używać), ale i konieczność znajomości topografii, form terenu, umiejętność rozpoznawania i przewidywania wielu czynników (np. dot. zagrożenia lawinowego). Każde góry uczą zimą pokory, ale chyba Tatry – raz po raz – uczą jej najbrutalniej. Dla dobra swojego i innych podchodźmy rozsądnie do stawianych sobie wyzwań. Lepiej zdobywać doświadczenie wolniej, ale bezpieczniej. Tatry zimą naprawdę nie są dla wszystkich. I to żadna hańba, że ktoś kończy wędrówkę przy schronisku, bądź zawraca. Ci zaś, którzy popisują się swoimi wątpliwymi wyczynami dokonanymi bardziej z powodu głupoty niż świadomej decyzji, tak naprawdę godni są co najwyżej politowania. [Wiele tego typu „popisów” można obserwować zwłaszcza w terminach sylwestrowych oraz długiego weekendu majowego. Zwłaszcza ten drugi czas jest „wyjątkowy” – na dole zazwyczaj upał, w górach wciąż mnóstwo śniegu i lodu, a na szlakach, nawet wysoko, bywa coraz „gęściej” od totalnie nieprzygotowanych na zimowe warunki osób…]. Warto też wiedzieć, że po polskiej stronie Tatr sezonowo park zamyka tylko trzy szlaki (1. niebieski: Morskie Oko – Świstówka Roztocka – Dolina Pięciu Stawów Polskich; 2. czerwony – Przełęcz w Grzybowcu – Wyżnia Kondracka Przełęcz; 3. zielony – Dolina Tomanowa (Wyżnia Tomanowa Polana) – Chuda Przełączka. Myślę, że dla dobra własnego i przyrody warto to uszanować – wszak ci, którzy chcą chodzić wysoko, mają wiele innych tras do wyboru). Po stronie słowackiej zaś, według przepisów,  od 1 XI do 15 VI zamknięte są wszystkie szlaki powyżej schronisk (+dojście do Chaty pod Rysami oraz niektóre fragmenty Tatrzańskiej Magistrali)… Hmm…

Turyście, który nie posiada zbyt dużej wiedzy o lawinach, w Karkonoszach do pewnego stopnia będzie łatwiej, gdyż Karkonoski Park Narodowy zamyka szlaki, które są najbardziej nimi zagrożone. Informacje na ten temat można znaleźć na stronie KPN-u, a także na większości map. Dla owych zamkniętych szlaków wyznaczana jest  zazwyczaj zimowa, „otyczkowana” alternatywa. Zimowe warianty prowadzą również w bezpiecznej odległości od miejsc, gdzie zazwyczaj tworzą się śnieżne nawisy. Wybierając się jednak w Karkonosze bez ich dobrej znajomości, warto zapoznać się z mapą i mieć te informacje na względzie najpierw podczas planowania trasy, a potem w terenie. Szlaków przecież nikt nie zamyka „na kłódkę”, widząc więc cudze ślady, może nas kusić, by „skrócić” sobie drogę np. przez Biały Jar, który dorobił się niezwykle ponurej sławy z powodu największej tragedii lawinowej, która się wydarzyła w polskich górach (właśnie w Karkonoszach, a nie jakby można  by przypuszczać w Tatrach) – w marcu 1968 roku zginęło tam 19 osób…

Karkonosze. Zimowy wariant szlaku trawersuje zbocze Wielkiego Szyszaka z drugiej strony niż ścieżka letnia .

Podobnie nie należy lekceważyć masywu Babiej Góry. Choć Matka Niepogód (jak ją nazywano) surowością warunków zimowych nie ustępuje tatrzańskim szczytom, to bliskie położenie schroniska oraz popularność Królowej Beskidów kuszą zarówno wytrawnych, jak i mało doświadczonych turystów. Honorny, żółty szlak (tzw. Perć Akademików) jest w zimie oficjalnie zamknięty, nie zmienia to jednak faktu, że wejście na Babią Górę może wymagać użycia raków, a zagrożenie lawinowe nie istnieje tylko w komunikatach Parku Narodowego…

Temat sprzętu zimowego jest tematem rzeką. Zainteresowani znajdą w internecie mnóstwo szczegółowych informacji, ocen, testów i porad (jeszcze więcej reklam, rzecz jasna); można szperać, szukać, dowiadywać, porównywać. Ja chcę położyć nacisk tylko na kilka rzeczy, które mogą być mniej oczywiste niż dobre buty, zimowe skarpety czy odpowiednio dobrana odzież (bielizna termoaktywna, polary, kurtki…). I tak –  wybierając się w góry zimą po raz pierwszy, nie ma na pewno sensu kompletować od razu całej szafy zimowych gadżetów. Tanie nie są, a może się okazać, że taka „zabawa” nam jednak nie odpowiada. Pewne „drobiazgi” są jednakże przydatne zarówno latem jak i zimą. Są to choćby wspomniane wcześniej rękawice chroniące od wiatru  (oczywiście tutaj warianty modeli, „wiatroodporności” oraz cen mogą być skrajnie różne…) czy czołówka, która pomijając inne zalety, jest najzwyczajniej w świecie poręczniejsza niż standardowe latarki. Jeszcze bardziej niezbędne wydają się ochraniacze (stuptuty), które mają chronić, by do butów nie dostawał się śnieg (a latem woda, błoto…). Kupując je, warto mieć na sobie własne buty górskie, by po powrocie do domu nie okazało się, że nasz nowy zakup nie jest odpowiednio dopasowany. Trochę droższą, ale też niezbędną w zimie „zabawką” są kijki trekingowe. Nawet ci, którzy latem ich nie potrzebują, przyznają, że w zimie to już całkiem inna bajka. Najlepiej też zadbać o zimową parę talerzyków do kijków, zwłaszcza w głębokim, puszystym śniegu różnica między talerzykami „letnimi” a „zimowymi” daje się odczuć. Gdy śniegu jest mniej, bądź gdy jest on twardy, aż takiej różnicy nie ma. Jeśli nie jesteśmy przekonani o zakupie kijków na nasz pierwszy wyjazd zimowy, to spróbujmy je pożyczyć – naprawdę, bez nich jest po prostu trudno, a nieraz i niebezpiecznie. Gdy decydujemy się na zakup, radzę unikać „cudownie” tanich sprzętów. Za jakość i trwałość również w tym przypadku trzeba niestety trochę zapłacić. Z drugiej strony, nawet drogi sprzęt nie będzie nam służył zbyt długo, jeśli nie będziemy o niego dbać. Po każdej zimowej wycieczce najlepiej rozkręcić kijki i pozwolić im wyschnąć oraz oczyścić z zewnątrz. W domu zaś warto bardziej zadbać o usunięcie ze środka rurek drobin piachu czy ziemi (my używamy do tego długiej, cienkiej szczoteczki do mycia butelek – do kupienia w sklepach gospodarstwa domowego).

Trudnym do przecenienia w zimie jest też termos. Na nic nam litry napojów innych, jeśli zabraknie gorącej, słodkiej herbaty. Także dobierając prowiant trzeba mieć głowę na karku. W zależności od tego, gdzie i w jakich warunkach się wybieramy, trzeba zadecydować co faktycznie warto wrzucić do plecaka, a co nie ma sensu, bo pikniku i tak nikt urządzać nie będzie. Często liczy się to, by do jedzenia można było się sprawnie „dobrać” i szybko „spałaszować”. No i grunt, żeby było kaloryczne. I tak np. lepsze jest salami w plasterkach niż pasztet w puszce. Podczas dużych mrozów  trzeba też pamiętać, że np. batony mogą nam zamarznąć na kamień i być de facto nieprzydatne („Złamię tego zęba, czy nie?”). Lepsza może się okazać po prostu czekolada, której ułamane mniej lub bardziej krzywo kawałki będą się rozpuszczać w ustach. No i – last but not least – nie można zapominać, że zima to także piękna, słoneczna pogoda. A jak słońce się odbija od śniegu, to mimo wielkiego mrozu wrócimy do domu opaleni albo i – nie daj Boże – poparzeni. Koniecznie trzeba zabrać krem z wysokim filtrem słonecznym, ale taki, który nadaje się na niskie temperatury (od lat jestem zadowolona z Neutrogeny – nietłusty, dobrze wchłaniający się krem w praktycznym, spłaszczonym opakowaniu). Zimą używam takiego kremu bez względu na prognozy, zawsze to też jakaś dodatkowa ochrona skóry przed wiatrem, zimnem. Ważne (zwłaszcza dla panów, którzy nie muszą o tym wiedzieć;) – krem trzeba nałożyć ZANIM wyjdziemy i zaczniemy się pocić, inaczej jest szansa, że zaaplikowany krem zamiast się wchłonąć – spłynie z nas. Aha, do kompletu warto wziąć okulary przeciwsłoneczne 🙂

P.S. Zima w górach nie zaczyna, ani nie kończy się wraz z jej kalendarzowymi datami. Może zagościć w nich wcześniej (lub później), jak i ciągnąć się – zwłaszcza w wysokich górach – wiosennymi tygodniami. Uwaga ta dotyczy najwyższych polskich pasm, a szczególnie Tatr.  Na dole może być więc upał, ale wyżej wciąż będziemy mieć do czynienia z warunkami zimowymi. Nie w pełni, rzecz jasna, bo np. dzień jest dłuższy, trudno o kopny śnieg (za to  w zależności od położenia względem stron świata i pory dnia więcej może być śniegu twardego czy przepadającego), a i pogoda nieco inna – bo -20 to w maju raczej nie będzie – za to łatwiej np. o  burze. Warto o tym pamiętać, gdy w kwietniu, maju (hmm, kiedyś to nawet i czerwiec bywał jeszcze nieco zimowy) wybieramy się gdzieś wyżej, zwłaszcza w Tatrach.

Dolina Pięciu Stawów Polskich w maju.
 
 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s