Inaczej niż zwykle – Góry Łużyckie

Góry Łużyckie, Góry Żytawskie – do niedawna nasza wiedza na ich temat ograniczała się do ogólnego stwierdzenia, że to daleko, i że nie wiadomo, co to właściwie jest. Potem zaintrygował nas artykuł i tak oto nieznane pasmo praktycznie od roku zaczęło wyznaczać start naszego kolejnego dłuższego urlopu. Jedynie niewielki skrawek Gór Łużyckich leży w Polsce – większość znajduje się w Czechach oraz po niemieckiej stronie granicy (tam zwą się właśnie Zittauer Gebirge, czyli Góry Żytawskie). W oglądanych przed wyjazdem zdjęciach z tamtych rejonów zainspirowały nas góry w kształcie solidnych, nieraz stromych stożków, liczne formacje skalne, a także malownicze ruiny pewnego opactwa. Rekonesans, który zaplanowaliśmy na dwa dni, miał nam dać jako takie pojęcie o tym, czego się tam spodziewać.

Widok z okolic Chaty Luž.

Po tamtejszym pograniczu najwygodniej i najtaniej podróżuje się korzystając z biletu Euro-Nysa. Można go kupić tam, gdzie znajdują się kasy Kolei Dolnośląskich. I tu uwaga – takie kasy czynne są we Wrocławiu od godziny 8.00. Ogólnie wrocławski dworzec, choć po gruntownym remoncie wygląda naprawdę świetnie, nie zaskoczył nas pozytywnie – kolejka do jedynego otwartego przed godziną 6 rano okienka przeszła nasze najśmielsze oczekiwania (jeśli ktoś przyszedł na 40 minut przed odjazdem, było to zdecydowanie za krótko), a frustracja pasażerów jak zwykle nie dawała polskim kolejom szansy na poprawę wizerunku. Gdyby nie życzliwa Pani w kasie(!) pewnie przepłacilibyśmy za bilet sowicie. Na szczęście najpierw dojechaliśmy osobowym do Bolesławca, a tutaj mieliśmy akurat około kwadransa, by kupić Euro-Nysę i dalej podróżować za jedyne 25 zł od osoby. Dotarliśmy więc eleganckim pociągiem do Görlitz, a stamtąd do Zittau (gdzie trzeba wyjść z budynku dworca i skręcić w lewo) i dalej urokliwą kolejką wąskotorową (z przesiadką w Bertsdorfie) w góry, w naszym przypadku do Kurortu Jonsdorf. Następnie po okolicy poruszaliśmy się pieszo lub autostopem.

Przy dobrej pogodzie większośc pasażerów wąskotorówki wybiera niezadaszone wagony.

Choć w uroczym pociągu było całkiem sporo ludzi, to okazało się, że większość z nich od razu jechała z powrotem. Podróż jest atrakcją samą w sobie, a turyści wychodzący w góry chyba jednak częściej podróżują własnymi samochodami. Jonsdorf, mimo fantastycznej pogody oraz wakacyjnej soboty, wydał nam się zwyczajnie pusty, niemalże uśpiony. Zwracały naszą uwagę piękne, zadbane domy; tu i ówdzie rzucał się w oczy elegancki szyld informujący, że jest do wynajęcia pokój na urlop dla dwóch osób (nie chcę wiedzieć, ile taka kwatera może kosztować i ile nocy to przyjęte minimum).

Całkiem bezboleśnie trafiliśmy na początek naszego szlaku. Nie było to jednak takie oczywiste, gdyż niemieckie oznaczenia tras to czasami łopatologiczne oznaczenia koloru szlaku, kierunku i czasu, ale równie często tablice informujące jedynie, że jest się na trasie z punktu A, przez punkt B, C do punktu D. Mapę mieliśmy czeską, okazało się więc, że tutaj pojawia się pewna trudność… Wielokrotnie nie byliśmy w stanie na szybko odnaleźć na mapie nazw wymienionych na tablicach, skrzyżowania szlaków również nie zawsze były klarowne. (Mamy jednak przeczucie, że niemieccy turyści i spacerowicze raczej nie mają takich problemów). Tam natomiast, gdzie pojawiały się oznaczenia czeskie, czuliśmy się jak w domu. Jedno jest pewne – najlepiej mieć ze sobą mapę wydaną w tym kraju, po którym się poruszamy (i ta zasada sprawdza się nie tylko w przypadku pogranicza czesko-niemieckiego, ale także przy próbach poruszania się chociażby po czeskich szlakach z polskimi mapami).

Wędrówka po Górach Łużyckich to przede wszystkim zdobywanie punktów widokowych, zarówno tych naturalnych, jak i sztucznych, czyli wież widokowych, ale również spacery wśród skał, a także malownicze miejscowości. Oczywiście jak na tego typu ucywilizowane góry przystało, wszędzie gdzie się da, są gospody lub przynajmniej niewielkie bufety. Ceny różnią się skrajnie – po stronie czeskiej piwo kosztuje 1 euro, po niemieckiej – 3. Ten przelicznik można śmiało stosować również do jedzenia i innych usług. Gdy zdesperowani szukaliśmy czegoś do picia w Oybinie, w końcu kupiliśmy w bufecie po 1,5 litra coli oraz wody mineralnej za „jedyne”… 4 euro. (Całe szczęście coś nas tknęło i chleb zakupiliśmy pierwszego dnia, jeszcze w Görlitz).

Przy skrzyżowaniu szlaków i przejściu granicznym (Waltersdorf), na wschód od Luža, po czeskiej stronie przyczaił się niewielki bufet. Informuje o nim potykacz.

Podejścia potrafią być całkiem honorne, czytaj: można się zmęczyć. Widoki za to robią wrażenie: mnóstwo stożków przypominających wulkany to jedno, natomiast góry potężniejsze, a dalsze – to drugie. Można przyglądać się Ještědowi, Karkonoszom, Górom Izerskim. Choć do tego o niebo lepsza jest widoczność jesienna lub zimowa, my – mimo kiepskiej przejrzystości powietrza – nie narzekaliśmy. Jedno jest pewne – morza mgieł muszą być tutaj bajeczne…

Klíč widziany z podejścia na Hvozd.

Pierwszego dnia naszym celem z Jonsdorfu był najwyższy w rejonie Luž (niem. Lausche). Po drodze mieliśmy okazję nieco poczuć klimat, którym z całą pewnością można się nasycić w pobliskim skalnym mieście – wąwozy, potężne formacje skalne, punkty widokowe i urwiska.

Nie ominęła nas również krótka wizyta w ciekawie położonym Gasthofie (przy skałach Nonnenfelsen) oraz kilku czeskich gospodach, które w drugiej połowie dnia umilały nam marsz przez wioski.

Fragment widoku ze skał Nonnenfelsen, po lewej gospoda.

Mimo że ruch samochodowy na lokalnych drogach nie był za duży, spory kawałek przez naszym kempingiem znajdującym się w miejscowości Heřmanice v Podještědí, ktoś się zlitował i nas podwiózł. Drugiego dnia przez Babiččin odpočinek dotarliśmy na Hvozd (niem. Hochwald), na którego jednym wierzchołku znajduje się wieża widokowa (płatność w bufecie)…

…na drugim zaś schronisko.

Warto tutaj zajrzeć, by zobaczyć wystrój i poczuć klimat dawnych turystycznych gospód. (Czy podobnie kiedyś wyglądały schroniska w Karkonoszach?). Można też odżałować parę euro i napić się zimnego niemieckiego piwa z pianką. (Niestety, jak w większości tego typu miejsc w Niemczech czy Czechach, nie wolno tu spożywać własnych posiłków). Gdy dotarliśmy tutaj około 10-tej, schronisko było puste. Te i inne obserwacje sprawiły, że trudno nam stwierdzić jak właściwie wygląda ruch turystyczny w Górach Łużyckich. Mimo bowiem atrakcyjności pewnych popularnych punktów, praktycznie nigdzie nie doznaliśmy poczucia tłoku. Ba, wielokrotnie jedynymi spotykanymi osobami na szlakach byli pojedynczy cykliści lub małe grupy wspinaczy. Inna prawidłowość natomiast była dość klarowna – niemieccy turyści to przede wszystkim seniorzy. Jeśli spotykaliśmy rodziny z dziećmi, byli to Czesi. Język polski podczas dwóch dni usłyszeliśmy raz.

W tym kontekście bardzo udały nam się odwiedziny ruin opactwa na górze Oybin. Mimo – jak się zdaje – ogromnej popularności tego miejsca, ruiny kościoła zwiedzaliśmy w całkowitej samotności. Ale po kolei. Kojarzycie romantyczne obrazy Caspara Davida Friedricha, gotyckie ruiny wśród tajemniczych drzew i górskiego krajobrazu? W rzeczywistości wygląda to jeszcze lepiej. Pozostałości średniowiecznego zamku królewskiego…

…oraz opactwa celestynów (będące inspiracją dla Friedricha), które zaczęło podupadać od czasu reformacji, mało kogo pozostawią obojętnym.

Jeśli ktoś by się wahał, czy płacić 5 euro za wstęp, odpowiadam – tak, absolutnie. Warto spędzić tutaj dłuższą chwilę spacerując po licznych ścieżkach, które wyprowadzają turystów na punkty widokowe lub po prostu w zaciszniejsze miejsca.

Większość turystów ogląda „jedynie” ruiny zamku, kościoła oraz zmierza do restauracji. Ewentualny tłum można więc próbować zgubić.

Koniecznie należy też przejść ścieżką, która biegnie za prezbiterium. Tutaj można popatrzeć na ściany kościoła częściowo kute w skałach.

U podnóży góry Oybin znajduje się ponadto piękny kościółek. Tutaj również warto zajrzeć, choćby idąc do ruin klasztoru lub z niego wracając. Drzwi są otwarte. Ta niewielka świątynia została osadzona NA i częściowo W skale, a przejście przez środek kościoła to… schody. Uwagę przykuwa również bogata dekoracja malarska, która zaskakuje w kontraście ze skromnym wyglądem budowli od zewnątrz.

Z zewnątrz niepozorny XVIII-wieczny kościółek…

…zaskakuje wnętrzem.

Jako że nie chcieliśmy się spieszyć, by za wszelką cenę zdążyć na pasujące nam połączenie z Hradka nad Nisou w kierunku Czeskiego Raju, musieliśmy zmienić plany. Postanowiliśmy więc „jakoś” dostać się na kemping w miejscowości Jablonné v Podještědí, a przy okazji zobaczyć to i owo. I tak zmęczeni upałem przemieszczaliśmy się – trochę po szlakach, trochę po asfalcie, a najwięcej stopem. Pomimo (a może właśnie dlatego) że z dużymi plecakami wyróżnialiśmy się spośród eleganckich, spacerujących turystów, nie mieliśmy większych problemów ze złapaniem okazji. Najpierw Niemcy, specjalnie nadkładając drogi, podwieźli nas do samej granicy z Czechami, następnie Czesi wysadzili nas dokładnie tam, gdzie był nasz nowy cel – czyli barokowy kościół św. Zdzisławy w Jablonném v Podještědí.

Jablonné v Podještědí, kościół św. Zdzisławy wg projektu Johanna Lucasa von Hildebrandta.

Choć samo miasteczko jak na czeskie warunki nie jest czymś szczególnie wyjątkowym, to warto się tu chwilę pokręcić, by trafić do wieży widokowej – jedynej odremontowanej części dawnego kościoła Narodzenia NMP. Przy rynku z kolumną maryjną, jak to w Czechach, można oczywiście zjeść i wypić. O kempingu pisaliśmy tutaj.

Jablonné v Podještědí, dawny kościół, potem browar, a obecnie wieża widokowa.

Wspomniane przez nas atrakcje Gór Łużyckich to oczywiście jedynie maleńki fragment tego, co czeka tam na zainteresowanego turystę. Nie ulega wątpliwości, że w tamte rejony wrócimy. Szczególnie kusi nas wizja jesieni, która będzie odsłaniać ukryte w liściastych lasach atrakcje oraz morza chmur i widoki. Mimo że są to oczywiście mocno ucywilizowane góry, można się tu cieszyć samotnością i piękną przyrodą.

W drodze na Luž.

Zarówno na jednostki szukające długich kilometraży i różnic wysokości, jak i na tych bardziej zachowawczych czeka tu dużo dobrego. Rekordziści mogą się zabawiać wchodzeniem i schodzeniem z kolejnych stożków (u nas takie rozrywki możliwe są chyba tylko w Beskidzie Wyspowym), rodziny z dziećmi mogą wybrać się na spacer wśród skałek lub zdecydować na zdobycie którejś z atrakcyjnych gór. Choć wielu zapewne uważa, że mniej niż 800 m n.p.m. to nie jest dużo, to zapewniamy, że wysokości względne i rozległość widoków sprawią, że każdy będzie mieć poczucie zdobycia GÓRY, a nie pagórka. Wszystkim przerażonym kosztami po niemieckiej stronie polecamy spanie i jedzenie w Czechach lub jednodniowe wypady z Polski. Z całą pewnością się da. Warto.

Niewielki fragment rozległej panoramy z Luža.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s