O granicznych kontrastach, czyli spacerem wzdłuż Dzikiej Orlicy (cz.3)

Jeśli ze schroniska Jagodna (pyszne jedzenie, butelkowy Opat i ogólnie bardzo sympatycznie), udamy się na południe, dotrzemy do Rudawy. (Najpierw należy iść za znakami żółtymi, następnie nie odbijać razem z nimi delikatnie w lewo, ale trzymać się głównej leśnej drogi). Aby wyobrazić sobie to miejsce jako pełną życia miejscowość trzeba dziś włożyć nie lada wysiłek.

Z dawnej zabudowy zachowały się do dziś pojedyncze budynki.

W 1888 roku mieszkało tu ponad 600 osób (obecnie – 6). Zabudowania ciągnęły się na długość niemal 6 kilometrów, a miejscowość, choć większość ziemi była tu uprawiana, była jednocześnie swoistym centrum przemysłowym – była tu m.in. huta żelaza. Fakt, Rudawa zaczęła wyludniać się jeszcze przed wojną, zaś zmiana granicy i osadnictwo, które nie wytrzymało trudnych, górskich warunków, dopełniło reszty. Dziś miejsce to przyciąga ciszą, pięknym położeniem w Dolinie Dzikiej Orlicy i zawsze atrakcyjnym – nawet jeśli skala nie jest obiektywnie potężna – połączeniem gór i wody (zalew powstał w latach 90. XX wieku i stanowi własność prywatną ośrodka wypoczynkowego).

Jest gdzie przenocować (dwa ośrodki), nowy asfalt na pewno chwalą sobie wszelcy zwolennicy jednośladów, jakkolwiek ruch silnikowy nie jest w stanie zakłócać ogólnego spokoju tego miejsca.

Tu i ówdzie dostrzec można a to miejsca, gdzie niegdyś stały domostwa (znajdowało się tu nawet 149 budynków mieszkalnych), a to zdziczałe drzewa owocowe. Jakkolwiek – o czym warto pamiętać – środek lata nie jest najlepszą porą na szukanie materialnych pozostałości po dawnej zabudowie. Na szczęście w Rudawie zachowały się jeszcze inne pamiątki przeszłości. Nieopodal zalewu stoi piękna, kamienna grupa Ukrzyżowania z I połowy XIX w.

Zaś ładny kawałek dalej, po przeciwnej stronie szosy, nad rzeką – figura św. Jana Nepomucena, która powstała w podobnym czasie.

Wcześniej jeszcze uwagę naszą przyciągnąć powinien niewielki, podźwignięty po wieloletnich zaniedbaniach kościółek oraz teren cmentarza.

Kościół pw. Podwyższenia Krzyża z 1769 r. Po II wojnie światowej popadał w ruinę, odbudowano go w latach 80 XX wieku; po gruntownym remoncie został ponownie poświęcony w 2003 roku.

Gdy spojrzymy na mapę szybko zauważymy, że Rudawa też tworzy specyficzną parę z miejscowością znajdującą się na drugim brzegu Dzikiej Orlicy – Neratovem. Tutaj jednak nie jest tak banalnie jak w przypadku wcześniej opisanych miejscowości, które łączy ponad granicą (i wodą) most. W Rudawie bowiem – póki co – mostu nie ma. Jest natomiast płytka rzeka, której przekroczenie nie jest samo w sobie problemem, a na pewno nie letnią, słoneczną porą.

Nie ma jednak jakiejś oczywistej ścieżki, która prowadzi nowicjusza z szosy do koryta rzecznego, a następnie w górę skarpy ku szosie prowadzącej do Neratova. My zdecydowaliśmy się na zejście już kawałek za tablicą oznaczającą koniec Rudawy, gdzie asfalt zaczął się wznosić do góry, a po prawej stronie pojawiły się łąki łagodnie opadające ku dołowi, tj. ku rzece. Znalezienie wygodnego brodu chwilę nam zajęło, ale tak po prawdzie przekroczenie Orlicy w tej okolicy nie powinno (przy normalnym stanie wody) stanowić problemu; w tym rejonie ani trochę nie przypomina ona rwącej, górskiej rzeki. Po stronie czeskiej czekało nas nieco chaszczowania (a nawet wycof ze stromej skarpy), ale daliśmy radę;) UWAGA: od pewnego momentu czeski brzeg objęty jest ochroną rezerwatową; w tym miejscu nie działa szengenowska łatwość przekraczania granicy. Dla poszanowania przyrody (oraz przepisów granicznych) warto o tym pamiętać.

Figura św. Franciszka Ksawerego przy wjeździe do Neratova.

Nie muszę chyba pisać, że po drugiej stronie rzeki (granicy) znów wyglądaliśmy cudacznie. I nie chodziło (tylko) o to, żeśmy (dosłownie) wyszli z krzaków wprost na szosę, ale raczej o to, że byliśmy jedynymi piechurami w promieniu… najpewniej wielu kilometrów. Tak więc znów znaleźliśmy się w krainie rowerów, zaś szara wstęga asfaltu prowadziła nas do niegdyś popularnego w regionie centrum pielgrzymkowego, którego tradycja sięga XVII wieku. Położony na wzgórzu barokowy kościół Wniebowzięcia NMP nie rozczarował nas ani trochę.

Powojenna historia tego miejsca jest konieczna do przywołania, by zrozumieć dlaczego świątynia jest w dużej części zrekonstruowana, a dach – dość nietypowy… Otóż kościół spłonął w 1945 roku, nie bez pomocy Armii Czerwonej jak się łatwo domyślić. Spaliły się dachy i hełmy wież, jednak sklepienie się ostało; zawilgocone runęło dopiero w 1957, wtedy też władze nakazały świątynię rozebrać. Na szczęście jednak zabrakło na to „przedsięwzięcie” pieniędzy (rozebranie i przetransportowanie zabytkowych schodów wyczerpało fundusze), dzięki czemu zabytek przetrwał, choć w znacznie zdewastowanej formie. Po latach podjęto w końcu dzieło odnowienia go, ale w nie do końca typowy sposób – dach w dużej mierze jest przeszklony.

Jak dla nas – absolutna rewelacja.

Gra światła, cieni i surowego kamienia potrafi wręcz hipnotyzować.

Otoczenie kościoła jest nie mniej malownicze…

…bez względu na to czy przyglądamy się zabytkowi zza drzewek owocowych, czy z niewielkiego, ale ciekawego cmentarzyka…

Sam Neratov zaś to maleńka miejscowość, w której możemy odnaleźć ciekawe przykłady architektury, a przede wszystkim życie toczące się właściwym sobie (czeskim) tempem.

Widok na zabudowania Neratova ze wzgórza kościelnego.

Ot, przystanek autobusowy. Bardzo praktyczny – w środku można usiąść przy stoliku 🙂

Jest oczywiście i gospoda, która zadziwiająco szybko zapełniła się ludźmi zaraz po otwarciu. A leją browar Svijany…

I tak oto dobrnęliśmy do końca kolejnego spaceru po całkiem niezwykłej parze przygranicznych miejscowości na dwóch przeciwległych brzegach Dzikiej Orlicy. W jednej życie bardzo powoli zdaje się WRACAĆ, w drugiej płynie spokojnie, ale zdecydowanie JEST i stymuluje je – jak niegdyś – potężny kościół. Obydwie wsie są niezwykle malownicze, choć w całkowicie odmienny sposób. Neratova nie sposób ominąć obojętnie, o Rudawie trzeba co nieco wiedzieć, by zwrócić uwagę na stojące niemal w pustce kamienne figury i zamyśleć się nad tym co było, a nie jest. O takich właśnie miejscach będziemy pisać tej jesieni – o niemal lub całkiem wyludnionych miejscowościach, wsiach, po-wsiach, które bez względu na to, czy zamieszkiwali je Niemcy czy Łemkowie mają ze sobą bardzo wiele wspólnego…

Zapraszamy do kolejnej podróży…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s