Na Połoninie

Często w życiu jest tak, że wiemy – coś gdzieś jest, nawet wiadomo dokładnie gdzie, ale jednak tego nie widzimy. Tak było w naszym przypadku z obserwacjami Tatr z Bieszczadów. To, że ich dostrzeżenie z niektórych bieszczadzkich szczytów jest możliwe – to oczywiste (o czym przekonują chociażby dostępne w Internecie wpisy, również tegoroczne). To, że wymagałoby to szczególnych warunków pogodowych, występujących sporadycznie, w zasadzie wyłącznie jesienią lub zimą – to też wszyscy wiedzą. Rzecz jednak w tym, że w naszej obecnej sytuacji, znacznie ograniczającej możliwości dowolnych wyjazdów górskich w zimnych porach roku (zwłaszcza spontanicznych, kiedy można niemal do końca „wyczekiwać” idealnych prognoz pogody), szanse na zaobserwowanie tatrzańskich grani z połonin bieszczadzkich traktowaliśmy w kategoriach cudu, który prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy. Przez lata symbolem dalekich widoków Tatr był dla nas ich widok znad Zawadki Rymanowskiej we wschodniej części Beskidu Niskiego. Tymczasem…

Idąc pewnego grudniowego, słonecznego dnia grzbietem Połoniny Wetlińskiej od Przełęczy Orłowicza ku wschodowi, na podejściu pod Osadzki Wierch odwróciłem się, żeby spojrzeć na znane i lubiane widoki: efektownie prezentujący się stamtąd Smerek, a za nim – łagodne grzbiety zachodniej części Bieszczadów.

Tym razem jednak najciekawsze okazało się nie to, co zawsze, ale jakieś novum, śmiało zakłócające linię horyzontu.

Początkowo niewyraźne, ledwie majaczące, przy zbliżeniu poczęło zyskiwać swoje niepowtarzalne kształty i odcienie…

… i wtedy stało się oczywiste, że to nie chmury, nie złudzenie, ale właśnie One.

Widząc, co się dzieje, wiedziałem już, że nie muszę nigdzie się tego dnia śpieszyć, a wszystkie obmyślone wcześniej plany górskie musiały ustąpić jednemu – zostać na górze jak najdłużej, żeby chłonąć to osobliwe theatrum wraz z upływem kolejnych chwil krótkiego grudniowego dnia. Stąd bez żalu można było na jakiś czas zostawić je za plecami, aby dojść do dawnej Chatki Puchatka (bądź – jak nazywa to miejsce park narodowy – „Chatki Puchatka 2”).

Rzecz jasna, sprzed (dawnej) Chatki również Je widać, przy czym niskie już wówczas, ostre zimowe słońce sprawiało, że wyglądały raczej niczym jakaś ułuda nad Działem i Pasmem Granicznym, dająca jedynie mglistą nadzieję, że jeszcze tego dnia się zobaczymy…

Późna godzina pozwoliła tylko na krótkie westchnienie dawnych czasów na Połoninie (eh, gdyby można było zostać tu na noc jak za Lutka…) i nakazywała ruszać w drogę powrotną, znów przez Osadzki…

… gdzie zniżające się słońce rozpoczynało już swój późny spektakl…

… w którym pierwsze skrzypce miały oczywiście zagrać One…

… choć początkowo jeszcze wciąż jakby były nieśmiałe i nie chciały narzucać się otoczeniu.

Kiedy jednak słońce skryło się za Działem…

… a dzień ostatecznie już ustępował chłodowi wieczora…

… rozpoczął się wyścig z czasem, żeby stanąć na szczycie Smerka, nim góry ułożą się do snu.

Już na podejściu widać było, że nie będzie źle. Kiedy tylko ponownie pojawiły się nad bieszczadzkimi grzbietami…

… zaprezentowały cały swój majestat i piękno ostrych grani.

Stojąc na Smerku, nie można było już mieć najmniejszych wątpliwości, co w tym niekończącym się wokół świecie górskich pasm jest najpotężniejsze, przewyższające wszystko inne formą i treścią, jakby z innego świata.

By wymienić tylko część, od lewej: masyw Gerlacha, Wysoka, Rysy, Jaworowy, Łomnica, Lodowy, Kołowy, Jagnięcy i zamykające od prawej łańcuch Bielskie – Płaczliwa Skała i Hawrań. Do Rysów w linii prostej 179 km.

[Przyjaciel zapytał mnie co to za dwie wieże pobudowali… Chmury osiadłe na szczytach Łomnicy i Lodowego, oglądane z tak imponującej odległości, dały niesamowity efekt].

I kiedy wszystko wokół ostatecznie żegnało się ze światem, niknąc powoli w mroku…

… One wciąż trwały niezwyciężone.

W niedzielę 1 grudnia z Bieszczadów było widać Tatry.

O tym, że dziecko w górach może i ma prawo pomarudzić

Buszując ostatnio nieco po sieci, szczególnie po blogach pokrewnych tematycznie, dotarło do mnie, jak bardzo temat wędrówek po górach z dziećmi (całkiem małymi czy nieco większymi) jest idealizowany. Znajdziemy setki czy tysiące opisów takich wycieczek (gdzie, z kim, którędy, fotografie pięknych krajobrazów i uśmiechniętych dzieci, samych lub z rodzicami), które mają, a na pewno mogą działać jak zachęta (skoro oni tam weszli, to i my damy radę). Czytaj dalej „O tym, że dziecko w górach może i ma prawo pomarudzić”

Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym

Od tego sezonu (lato 2019) nie ma już w Wołostem Hoteliku pod Tarnicą. Miejsce te było dość dobrze znane wśród turystów, gdyż oferowało niedrogie noclegi z bajecznym widokiem na Tarnicę. Właściwie można by rzec, że spało się prawie pod Tarnicą. Lokalizacja idealna dla turystów chcących penetrować gniazdo Tarnicy czy rozpoczynających wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim. Czytaj dalej „Z widokiem na Tarnicę, czyli krótka opowieść o nieistniejącym”

Zielono mi (początek lata w górach)

Prócz nieprzewidywalnej aury w Tatrach, koniec czerwca i początek lipca to w górach naszego kraju zielony raj, długi dzień oraz dość wysokie temperatury (i w nocy, i w dzień) ze wszystkimi tego konsekwencjami (np. burzami). Dla osób kochających jesień z jej rudościami, mgłami, ale i bardzo krótkim dniem, to bajeczna odmiana. A cudownie o tej porze roku bywa i w Bieszczadach…

Czytaj dalej „Zielono mi (początek lata w górach)”

Powsia. Tworylczyk (Bieszczady)

Tworylczyk był przysiółkiem Tworylnego. Idąc od Krywego łatwo lokalizujemy go zaraz po przekroczeniu potoku o tej samej nazwie co poszukiwane przez nas, nieistniejące osiedle (nad nim umiejscowionych była większośc młynów Tworylnego). Droga prowadzi nas jakby prosto w kierunku góry, która – dla odmiany – nazywa się Tworylczyk.

Czytaj dalej „Powsia. Tworylczyk (Bieszczady)”

Powsia. Tworylne (Bieszczady)

Choć naszym zdaniem najlepszą porą na poszukiwanie pozostałości po dawnych osadach jest bezlistna wiosna po ustąpieniu śniegów, to i jesień bywa przychylna (zwłaszcza gdy nie ma już liści na drzewach i krzewach, a część chaszczy zostanie skutecznie położona przez pierwsze obfitsze opady śniegu i solidniejsze przymrozki). Stąd powrót akurat tego cyklu – może kogoś zainspiruje. Wszak jesień nadchodzi.

Czytaj dalej „Powsia. Tworylne (Bieszczady)”

Spotkanie (zwierzaki małe i nieco większe cz. 3)

Podczas ostatniego – wyczekiwanego przez nas – weekendu spotkaliśmy wiele oznak dzikiego życia. Był kwitnący barwinek, setki pierwiosnków, a nawet żywiec gruczołowaty (już!?); były ptasie chóry o świcie i zmierzchu oraz nocni samotnicy; były ślady obecności zwierząt dużych (zarówno naszych najpotężniejszych kopytnych, jak i takich, co to być może kiepsko przespały zimę…), ale i nieco mniejszych „futrzaków”, za to tych (aż za) bardzo pracowitych, jeśli chodzi o tamy budowane, gdzie tylko się da.

Czytaj dalej „Spotkanie (zwierzaki małe i nieco większe cz. 3)”

Powsia. Zamiast wstępu

Tytułowego wyrazu na próżno szukać w słownikach. My zostaliśmy z nim oswojeni dzięki naszym Przyjaciołom. Dla tych, którzy go używają w kontekście Beskidu Niskiego oraz Bieszczadów, zdaje się być dość oczywisty – są to miejsca po wyludnionych wsiach, które to ich mieszkańcy (Łemkowie i Bojkowie) – czasem za namową, a znacznie częściej pod przymusem – opuścili na skutek zawieruchy wojennej i politycznych decyzji. Wszystko zaczęło się jeszcze w 1944 roku – Polacy mieli opuścić tereny Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a ludność rusińska – Polskę (analogiczne porozumienia PKWN zawarł także z radzieckimi republikami Litwy i Białorusi). Teoretycznie wymiana ludności odbywała się za przyzwoleniem zainteresowanych. Osoby wyjeżdżające z Polski mamiono wizjami dobrobytu na ziemiach Związku Radzieckiego. Później, w 1947 roku, podczas akcji „Wisła”, ruch deportacyjny skierowany był już nie na wschód, ale na zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane. I tak na te nowe, obce kresy wysyłani byli zarówno Łemkowie, jak i Polacy, którzy musieli opuścić wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej…

Czytaj dalej „Powsia. Zamiast wstępu”

Bieszczadzka opowieść (późno)zimowa

Po nocnej podróży do Sanoka doczekaliśmy się jedynego tego dnia bezpośredniego transportu w kierunku Ustrzyków Górnych. Łapanie okazji na mrozie, zwłaszcza na mało uczęszczanych trasach – to dość specyficzna rozrywka, której udało się nam tym razem uniknąć. W autobusie nie za tłoczno, ale jak zwykle – interesująco;) Wysiedliśmy w Bereżkach – piękna, słoneczna pogoda. Poprzednie dni były podobnoż szpetne, warto więc było odpuścić i poczekać na lepszą pogodę, którą nam dał pierwszy weekend marca.

Czytaj dalej „Bieszczadzka opowieść (późno)zimowa”